poniedziałek, 28 stycznia 2013
Zmieniłam moje życie
Siódma rano to dla niej noc – niemal jak była nocą dla Ryśka R. Nie wstaje przed południem – taka zasada! Ma ich niewiele, to przynajmniej tej jednej kurczliwie się trzyma. Jest jak Bonifacy i niebieski Śpioch z kreskówki do kupy. Nie, nie Gargamel! Ten drugi. Z reguły budzi się z bólem głowy i kacem gigantycznym i z reguły powtarza sobie: „Nigdy więcej! To był ostatni raz.” Ale gdy gigant minie, mijają i puste postanowienia. Nie wytrzymuje już ani krótkich dwóch dni bez alkoholu.
Barbara, lat 33, stan cywilny: mężatka/mąż Adrian, dzieci: brak, wykształcenie: wyższe dziennikarskie; języki: francuski biegle, angielski i niemiecki komunikatywnie; hobby: historia XX wieku, narciarstwo alpejskie, kuchnia hinduska. Alkoholiczka.
Męża poznała 10 lat temu podczas rocznego stypendium w Bordeaux. On, Francuz, studiował tam ekonomię. Ona przypadkiem przyjechała, bo zakwalifikowała się na wyjazd w ostatniej chwili.W oko wpadli sobie od razu. Chemia też się zgadzała, a motyle w brzuchu ma do dziś, jak tylko o nim pomyśli! Bariery językowe pokonali szybko. Francuskiego Barbara uczuła się od dziecka i potrzebowała zaledwie kilku tygodni, aby jej sny śniły się również po francusku.
Po roku miała wracać do Krakowa. Wiedzieli jednak z Adrianem, że to niemożliwe. Że musi zostać! Tam! Z nim!I choć w Krakowie byłaby już na trzecim roku, nie mrugnęła nawet okiem, kiedy dostała miejsce już jako, nazwijmy to, „regularna” studentka na Université Michel de Montaigne Bordeaux, choć zacząć musiała praktycznie od początku.Pozostawała kwestia finansowa, ale wszystko było ważne – inaczej. Liczył się Adrian i ona. Byli tak zakochani, że nic nie mogło stanąć na ich drodze do wspólnego szczęścia.Szybko znalazła dorywczą pracę w redakcji gazetki polonijnej. Adrian dostawał stypendium naukowe, poza tym zawsze mógł liczyć na chojność swoich rodziców, więc główne wydatki szły na jego konto. Jej drobne franki starczały na jedzenie i na te takie kobiece comiesięczne.Rodzice Adriana zaakceptowali Barbarę szybko, znajomi również. Wszystko układało się znakomicie. Miłość kwitła, z dnia na dzień było cudowniej. Bała się, że kiedyś obudzi się z tego francuskiego snu, ale świt nie nadchodził.Jedynym problemem były studia. Inny system, inne wymagania, a do tego jeszcze jednak inne zaawansowanie języka.Adrian skończył ekonomię z wyróżnieniem. Zawsze był prymusem, do tego z wielkimi ambicjami. Już wtedy wiedziała, że wiążąc się z nim, zawodowo zawsze będzie stać w jego cieni, ale nie stawiała sprzeciwu. Kariera nie płynęłą w jej krwi.Zaraz po studiach rozpoczął pracę w dużej korporacji. Ona zacisnęła zęby i nawet jak z poślizgiem, to w końcu również udało jej się zakończyć edukację. Dużo ją to jednak kosztowało. Adrian bardzo ją dopingował, rodzice w Polsce również. Rzadko się widzieli, ale telefonicznie byli w nieustannym kontakcie.
Ślub. Nie było jak w bajce. Nie było nawet w Polsce, co bardzo nie spodobało się rodzinie.Dla niej to też nie był szczyt marzeń, bo zawsze chciała zgodnie z obyczajem.Przez to, że bardzo rzadko jeździli w jej strony, kontakty ze starymi znajomymi bardzo się ochłodziły, a drogi -siłą rzeczy- porozchodziły.W Bourdeaux wkręciła się w grono Adriana, dlatego praktyczniej było sprowadzić garstkę gości z Polski, jak całą armię francuską tam.Wesele było skromne, nawet drętwe. Wszyscy starali się jak mogli, ale i tak goście z jej strony czuli się nieswojo. Bariera językowa, kulturowa itd. Wódkę zastąpiło wino mniej lub bardziej kwaśne, a golonkę – żabie udka! Czy trzeba mówić więcej? I to wszystko na weselu jedynej córki. Chańba na pół Europy!Adrian w międzyczasie awansował, co wiązało się z przeniesieniem do Paryża. Pierwsze tygodnie żyli weekendowo, bo Barbara była związana z gazetką polonijną, ale gdy tylko znaleźli odpowiednie mieszkanie przeprowadziła się również. Choć dobrze było jej w małej redakcji, to po pierwsze poszła wiernie za mężem, po drugie nie oszukujmy się, Paryż był wyzwaniem dla młodej dziennikarki! Paris, paris – to morze możliwości!
Ciąża. Radość była wielka, bo przecież to spełnienie marzeń. Straciła ją jednak na początku czwartego miesiąca. To był pierwszy, poważny i ogromny szok w jej życiu, ale starali się nie dramatyzować. Wmawiali sobie nawzajem, że tak bywa i nie wolno się poddawać. Adrian dużo pracował. Żył firmą, rozwijał się i ten wir pracy pomógł mu zapomnieć o ich straconym dziecku. A Ono było w jej łonie i wymazać z pamięci tego nie mogła.Nie miała zajęcia, w którego wir mogłaby się rzucić. Pisywała do różnych gazetek, a pracowała głównie w domu.
Alkohol. Butelka wina była wliczona w każdy dzień. Adrian wielokrotnie nawet nie wiedział, bo wracał, kiedy ona już spała. Często wyjeżdżał. Zabierał ją jak tylko mógł, jednak dni w delegacji spędzała równie sama jak w domu w Paryżu. Czuła się bardzo samotna. Nie miała żadnych znajomych w Paryżu, żadnej przyjaciółki na ploty przy kawie. Zapisała się do klubu fitness z nadzieją, że może kogoś pozna. Paryżanie okazali się jednak wyjątkowo zamknięci. Wracała do pustego mieszkania i piła. Było już tylko kwestią czasu, kiedy jej nałóg wyjdzie na jaw. Mężowi nie chciała się żalić, jak bardzo jest jej źle. On jednak mimo rzadkiej obecności w domu, nie dał się oszukać. Długie dyskusje doprowadziły do tego, że wybrała się na spotkania grupy anonimowych alkoholików. Ludzie z grupy działali jednak na nią agresywnie, nudzili i denerwowali. Szybko zrezygnowała za spotkań i coraz bardziej pogrążała się w alkoholu. Brakowało jej ludzi wokół ze studenckich czasów. Nagle brakowało i polskości. Najbardziej męża. Awantura wybuchała za awanturą. Rozstanie było nieuniknioną konsekwencją.
Walka i próby. Adrian nie poddał się bez walki – zabrał ją na dwutygodniowy urlop w jej rodzinne strony. Wiedział bowiem, że tylko tam Barbara ma szansę odnaleźć swój spokój. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu na jej twarzy pojawił się uśmiech. Była w domu. Było jej dobrze. Stare, kazimierskie ścieżki, po których nie spacerowała wiele lat. Mariacki hejnał wywołał u niej łzy. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak ogromna była jej tęsknota. Dni z najbliższymi dobrze na nią wpływały. Przez 14 dni nie wypiła jednej kropli alkoholu. Nawet o nim nie myślała.Jednego wieczoru, kiedy mąż Adrian wybrał się na mecz z jej bratem, zaczytywała się w nieznaną dotąd Olgę T. Lekturę przerwała jej matka, która bez obłudy zapytała: „Co z tobą, córeczko”? Kiedy usłyszała „córeczko”, po prostu wybuchnęła płaczem.Opowiedziała jej o swojej samotności. O życiu w Paryżu, które okazało się udręką. O marnym zajęciu w gazetce dla dzieci. O dziwnie niedostępnych ludziach. O kochającym, ale ciągle zajętym mężu i wreszcie o alkoholu, który jako jedyny pozwala jej jeszcze żyć. Matka Barbary była przerażona tym, co usłyszała. Córka zawsze starała się szczędzić jej złe wiadomości. Wiedziała o straconej ciąży, bardzo chciała ściągnąć wtedy córkę do kraju, ale wszelka pomoc była przez nią odrzucana. Córka zawsze chciała sobie radzić sama. Za wszystkim sama. Zamknęła się w swoim kokonie. Długo rozmawiała z matką. Obiecała, że po powrocie do Paryża zgłosi się do specjalisty. Że poszuka sobie nowej pracy.
Rozstanie. Do Paryża wrócili bardzo odprężeni. Adrian powtarzał tylko: „Widzisz najdroższa, nie potrzebujesz pić. Doskonale radzisz sobie bez alkoholu”.Też tak myślała. Ba! Była przekonana! Już snuła plany, do jakich redakcji będzie pisać. Już najlepiej zaraz po wylądowaniu na de Gaulle. Niestety kiedy tylko przekroczyli próg ich mieszkania, wszystko wróciło. Adrian do pracy. Barbara do czerwonego, półwytrawnego.Wspólnie z Adrianem wielokrotnie chodzili do psychiatrów, terapeutów. Łykała tabletki mające zahamować głód alkoholowy. Pozwalała się kłaść na oddziale psychiatrycznym na odwyk. Wszystko na nic.Doszło do tego, że Adrian zabierał jej wszystkie pieniądze, ale ostatnim problemem w Paryżu było znalezienie frajera, który postawi ci drinka. Była na dnie. Choć właściwie, tylko tak się jej wydawało. Kiedy po kilku razach, kiedy Adrian zostawał z nią w domu, a ona uciekała, bo musiała się napić, on nie wytrzymał. Powiedział „basta”! On odszedł.
Przebudzenie. Budziła się jak ten Bonifacy. Na chwilkę. Wszystko było obojętne, wszystko straciło sens, ona straciła sens.Leżała sama w ich łóżku i dno, o którym myślała, że je osiągnęła, dopiero teraz pokazało swą prawdziwą głębię. Nie pamięta, jakim lichem bądź cudem, zmobilizowała się do spaceru. Idąc wzdłuż Sekwany, po raz pierwszy naszły ją myśli samobójcze. Przeraziła się ich, wiedząc jednak, że życie nie może się tak dalej ciągnąć. Zadzwoniła do Adriana. Nie odebrał... Popłynęły jej łzy, szlochała tak bardzo, że zatracała równowagę. Przysiadła nad brzegiem rzeki i patrzyła na przepływające barki. Nagle przeszły ją dreszcze, wiatr mocniej powiał i poczuła zapach. Zapach, którego nie czuła już bardzo dawno, bo od czasów szkoły średniej. To był zapach perfum jednego z kolegów ze szkolnej ławy. W wieku 18-tu lat popełnił samobójstwo. Teraz już prawie o nim zapomniała, ale przed laty bardzo przeżyła jego nagłe odejście. „Nie poddawaj się! Na spotkanie mamy jeszcze czas!” – wyszeptał jej do ucha. Wtedy właśnie podjęła kolejną decyzję i poddała się stacjonarnemu leczeniu w klinice. Trzy miesiące izolatki, terapii i nauki życia bez nałogu.Ze swoją rozmówczynią spotkałam się ponownie po odbytym odwyku. Nie potrafiła jeszcze mówić o tym, co działo się z nią przez ten okres. Na razie cieszy się, że zrobiła pierwszy krok. Udany krok powrotny do świata. Drugim jest ten tekst, na który mi pozwoliła, i który wspólredagowała. To próba jej sił na nowo.Adrian w klinice odwiedził ja raz. Czuła jego zdenerwowanie, ból. Ale była i iskierka w oku. Trzymajcie kciuki, żeby był to krok nr trzy.
x
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz