niedziela, 1 grudnia 2013

Robienie na drutach

Chcąc zabić nudę bezrobocia, tudzież trochę urozmaicić ten czas, zakupiłam druty. Gama pomysłów "na siebie" po rocznym przymusowym urlopie naprawdę się kurczy. A dawno temu Babcia Marysia nauczyła mnie wełnianej sztuki, ale zawsze wydawała mi się.... no staromodna! ;)
Poza tym nigdy nie lubiłam szycia, cerowania i podobnych. Do dziś jak mam przyszyć guzik, odkładam to na kolejne jutro.
Jednak najwyraźniej człowiek dojrzewa do pewnych rzeczy, bo dzisiaj robienie na drutach wydaje mi się mega fajne! Zrobię sobie coś własnoręcznie i da mi to dużą satysfakcję!
Nawet jak w międzyczasie bezrobocie znalazło swój koniec (NARESZCIE!!!), druty nie odejdą w zapomnienie. Z pewnością zabiorę je ze sobą w codzienną pociągową podróż do pracy. Jakoś trzeba sobie, z kolei teraz nie bezrobocie a dojazdy, zorganizować. Jednym słowem, robótki ręczne dobre na każdą wolną chwilę. Gwiazdka za pasem. Może skuszę się i na jakieś prezenty..?

środa, 13 listopada 2013

Być konsekwentnym

Konsekwentnie trzymamy się pewnych zasad dotyczących wychowania naszych dzieci (ok, to może mało trafny przykład), uprawianego sportu, trzymanej diety, nauki obcego języka lub pięcia się po szczeblach kariery. Konsekwencja gwarantuje nam sukces. Kosztuje nas dużo pracy, wyrzeczeń. Często wiąże się z wyszczerbionymi zębami, pogryzionymi wargami, tudzież paznokciami.
Bądźmy konsekwentni także do ludzi. Mniej lub bardziej obcych. Jeśli kogoś nie lubimy, nie lubmy go! Nie udawajmy, że jest inaczej! Obłuda. Jeżeli stawiamy komuś warunki (z ważnych powodów), czekajmy na ich spełnienie. Nie pobłażajmy.
Nade wszystko konsekwencja w stosunku do samych siebie jest zadaniem priorytetowym. Nie tylko w kwestiach działań, ale wartości, którymi działając, się kierujemy. ZAWSZE żyjmy w zgodzie z tymi wartościami. Ustalamy sobie pewien kanon. On wyznacza nam drogę. Trzymajmy się jej mimo niepowodzeń, porażek, upadków. Wychowujmy samych siebie na dobrych ludzi. Wybierajmy konsekwentnie szczęście.  

sobota, 2 listopada 2013

W dżungli życia

Lubiłam pić. Szczególnie jako nastolatka. Nie tylko dlatego, że robiłam coś, co było zarezerwowane dla dorosłych, ale także dlatego, że pod wpływem alkoholu stawałam się zupełnie inną osobą i bardzo mi się to podobało.

Pewnego dnia zauważyłam dziwną zależność: po wypiciu kieliszka alkoholu poprawia mi się humor, czuję się pewna siebie, jestem mocna, odważna i fajna.

To było super uczucie. Ale jakoś dziwnie szybko mijało i zaczynało się zamieniać w rozpacz, niechęć, beznadzieję, bezradność i apatię. Najpierw dawało kopa w górę, a potem tak samo mocnego kopa w dół.

Pomyślałam, że to dziwne.
Zaczęłam się zastanawiać.
Jak to jest? O co w tym chodzi?

Zaczęłam przyglądać się sobie. Dlaczego alkohol powoduje taką iluzję? Dlaczego czuję się silna, mądra i wspaniała jeżeli w rzeczywistości wcale nie jestem silna, mądra i wspaniała? A może ja jestem silna, mocna i wspaniała, tylko o tym nie wiem? Ale co z tym wspólnego ma alkohol?

To było niesamowite!
To było trochę jak czarodziejska różdżka, która zamieniała mnie w kogoś, kim bardzo chciałabym być, ale tylko na krótką chwilę, bo potem wpadałam do czarnej dziury koszmarnej rozpaczy i nienawiści do samej siebie.
Ha! Jak to możliwe?

Czy w gruncie rzeczy to nie jest oszukiwanie samego siebie?
Czuję się słaba, głupia, gorsza od innych, więc sięgam po magiczny kieliszek, wypijam alkohol, żeby poczuć się lepiej. I rzeczywiście przez chwilę czuję się lepiej, ale przecież ja się nie zmieniam w środku na kogoś lepszego! Ja tylko udaję przed samą sobą, ze jestem kimś innym!
O rety!!!

Niespodziewanie dotarła do mnie porażająca prawda:
Alkohol jest dla słabych ludzi, którzy pod jego wpływem myślą, że są silni. Ale gdy tylko alkohol wyparuje, oni z powrotem zamieniają się w tych, którymi są naprawdę, i tym wyraźniej dostrzegają swoje braki.

Po alkohol sięgają tchórze - ludzie, którzy nie mają odwagi zająć się konstruktywnym budowaniem swojego życia.
Nie chcą myśleć o tym, co jest do zrobienia, bo wolą zapomnieć o wszystkim i przetrwać do następnego dnia.
Noszą w sobie tyle ukrytego strachu, że czują się sparaliżowani na samą myśl o tym, że mogliby wziąć odpowiedzialność za swoje życie i urządzić je tak, jak najbardziej pragną. Ten głęboko ukryty strach, do którego nigdy się nie przyznali, odbiera im całą moc.
Czują się bezradni i zagubieni w ślepym zaułku, z którego nie ma wyjścia.
I wtedy sięgają po alkohol.

Bo wiedzą z doświadczenia, że pod wpływem alkoholu nagle wszystko wydaje się możliwe. Po pijanemu planują podróż na Hawaje, zdobycie Kilimandżaro, rozwód z niekochaną żoną, wygarnięcie prawdy szefowi, przebudowę domu i wiele innych spraw, które domagają się rozwiązania.

Kiedy byli trzeźwi, czuli podświadomy paraliżujący strach przed zrobieniem czegokolwiek.
Kiedy są pijani, strach wydaje się na chwilę znikać. A oni odważnie ogłaszają nowe postanowienia.
Problem polega jedynie na tym, że te postanowienia bledną razem ze światłem poranka. A życie wciąż jest tak samo nudne i trudne jak było wcześniej.

Bo alkohol w gruncie rzeczy wcale mnie zmniejsza strachu. On tylko tworzy iluzję, że tego strachu nie ma.

Dlatego po alkohol sięgają ludzie, którym brakuje wewnętrznej siły, żeby doprowadzić do realizacji swoich planów i zamierzeń. Czują z tego powodu żal i rozczarowanie, więc zalewają swój smutek płynem rozweselającym.

Po alkohol sięgają ludzie głęboko nieszczęśliwi, którzy nigdy nie zrobili niczego dla siebie i czują się opuszczonymi sierotami miotanymi przez wichurę życia. W alkoholu trawią swoje gorzkie myśli.

Szukają chwilowej iluzji.
Chcą zapomnieć.
Bo przecież to chwilowe wrażenie wesołości szybko znika, a ty zostajesz znów dokładnie z tym samym, co miałeś wcześniej.

Przez całe życie widziałam ludzi pijących alkohol. Sąsiedzi, znajomi, bohaterowie filmów, imprezy aż do rana, gdzie spotykali się ludzie rozbawieni alkoholem. Najpierw tryskali energią i radością, a potem zaczynali kłócić się ze sobą i walczyć.
Alkohol jest w Polsce codzienny jak kromka chleba.

Pamiętam że podczas warsztatów literackich organizowanych przez Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy po porannych dyskusjach o poezji i prozie, następowały wieczorne rozmowy suto zakrapiane alkoholem. Miałam wtedy osiemnaście lat. Koledzy „młodzi literaci” podsuwali mi szklankę wina ze słowami:
- Pij, będziesz łatwiejsza.

Nie chciałam. Coś mi w tym nie pasowało, choć nie potrafiłam jeszcze wtedy tego wyjaśnić.

Teraz wiem, że alkohol to oszustwo i spróchniała deska ratunku dla zbłąkanych we własnym życiu.

Alkoholik to taki człowiek, który zamiast wylewać z siebie łzy, wlewa w siebie alkohol.

Uzależnienie od alkoholu to choroba samotności, zagubienia i bezradności. Nie ma nic wspólnego z pijaństwem. Alkoholik to człowiek, który stracił w życiu sens i cel, więc swoją bierność i bezradność zalewa alkoholem. Wie, że źle robi, ma wyrzuty sumienia, po których czuje się jeszcze gorzej, ale ponieważ jest wewnętrznie samotny i przestraszony jak małe dziecko, to jedyne, na co potrafi się zdobyć, to chwilowe uciszenie swoich łkających myśli alkoholem.

Jeżeli znasz kogoś, kto nadużywa alkoholu, spójrz na niego w taki sposób.

To jest człowiek, który nosi w sobie tyle strachu, którego nigdy nie poznał i nie nazwał przed samym sobą, że jest w pewien sposób emocjonalnie sparaliżowany. Miota się jak w potrzasku. Jest w głębi duszy bardzo samotny i bardzo nieszczęśliwy – nawet jeżeli na zewnątrz udaje kogoś przebojowego i silnego.

Na tym polega ta choroba.
Ukrywa przed człowiekiem jego własny strach i niemoc.
I pęta go żelaznymi kajdanami.

To jest dokładnie taka sama choroba jak anoreksja i bulimia.
I jest na nią tylko jedno lekarstwo.
Jedyne, co może człowieka uwolnić z takiego uzależnienia, to miłość. Nie mam na myśli związku dwóch osób. Mam na myśli poczucie, że jest się kochanym. Choćby przez siebie samego.

Fragment książki Beaty Pawlikowskiej „W dżungli życia”, wydanie III, napisane na nowo, wyd. G+J październik 2013; 
Dziś zamówiłam. Nie mogę się doczekać lektury...

niedziela, 27 października 2013

Piśmienniczy powrót do przeszłości

Zatęskniłam za tradycyjnym pisaniem. Za pamiętnikiem, notatnikiem, kalendarzem, kartką i piórem. Od jakiegoś czasu używanie tychże przedmiotów zatarło się. Automatycznie. Dzisiaj wszystko w komputerze, tablecie, smartphonie: terminy, listy "to do", przypominajki o urodzinach najbliższych i dalszych znajomych. Nawet papierowe wydania gazet zdają się być niepotrzebne :(
Uczucia przelewamy nie na papier, a na wall @ facebook. Tudzież bloga. Smutne. I to nie tylko dlatego, bo sprzedaż tradycyjnych kalendarzy etc. nie jednego skaże na plajtę, ale głównie dlatego, że nie piszemy dla samych siebie, tak jak lubimy najbardziej, z własnoręcznymi "rysuneczkami" i serduszkami... tak, żeby czuć! Postanowiłam postawić temu kres. Odkąd jestem posiadaczką iphone, wszystko w niego wklepuję. Oczywiście jest to bardzo praktyczne. Nie mam zamiaru z niego rezygnować, ale oprócz niego noszę też malutki notatnik, w którym umieszczam ważne słowa, sentencje, cytaty. Takie, do których wracam. Wertuję kartki. Dopisuję. Kreślę. Podkreślam. Zakreślam. Zaginam rogi. Wklejam wycinki. Polecam każdemu. To takie osobiste <3

kajet
kalendarz
terminarz
pamiętnik
złote myśli
lub zwykły notatnik

środa, 2 października 2013

Z pamiętnika biegacza, cz.3

Ja biegaczka borykająca się ciągle jeszcze z kontuzją biodra, nie mogłam dziś odmówić sobie tej przyjemności pobiegania w towarzystwie. Na dodatek nie byle jakim towarzystwie, bo prawdziwej biegaczki! Monika biega od małego dziecka. Trenowała na Zawiszy!!! Pełen profesjonalizm wykazała i dziś, dostosowując się do mojego tempa a la żółwik ;)
Bardzo dobrze mi się biegło! Trening z drugą osobą płynie dużo przyjemniej. Można poplotkować etc. Szczególnie na wybieganie, bez interwałów, załatwcie sobie współbiegacza! Bardzo polecam!

środa, 18 września 2013

Plus & Minus

Największy jedyny (!) plus tego mojego bezrobocia jest taki, że idę biegać, kiedy mam ochotę. Dzisiejsze bieganie było częściowo "charytatywne" - 2 km  poszły na endorfiny dla Mariolki & jej Fasolki. Biedna siedzi w domu i rzyga...
Niestety kontuzja biodra to jednak jakaś większa sprawa i chyba bez wizyty u doktora się nie obejdę. Morał przebieżki jest jednak taki, drogi, bezrobotny biegaczu, że nie można dopuścić do tego, żeby te plusy przysłoniły ci minusy! Jutro rozmowa ws. pracy. Trzymajcie kciuki! 

Na trasie. Słońce za plecami. Następnym razem sfotografuję krowy, które na mnie muczą. Są dobrymi kibicami ; )

czwartek, 5 września 2013

Perfekcyjna Ch*jowa Pani Domu w moim wykonaniu

Wszelkie obowiązki domowe przysparzają mi zawrotów głowy. Jednakże pewne minimum wykonane być musi, czy chcę lub nie.
Winę mojego niechlujstwa domowego zwalam na dwie osoby: mamę, która zawsze była szybsza i wyręczała ze wszystkiego oraz byłego faceta, który, co tu wiele mówić, lubił prasować, gotować, i sprzątać. Nie lubił za to młotka, wiertarki i takich. Nic więc dziwnego, że w końcu musieliśmy się rozstać.
Dzisiaj zabrałam się za umycie okna (tylko jednego, żeby nie osiwieć!). Oczywiście skrupulatnie się przygotowałam: wyprostowałam włosy, pomalowałam paznokcie, włożyłam miętowy sweterek od Jake'sa - w końcu mam wyglądać przez okno!
Już prawie zabierałam się do roboty, kiedy zadzwoniła kumoszka - także ChPD - z propozycją udziału w warsztatach kulinarnych. Rzuciłam moim oczywistym "A na cholerę"?!?!? Kuszące okazały się gratisy, jakie na owych warsztatach można zdobyć. Od razu wiedziałam, że nie o kunszt kulinarny tu chodzi! Pech tylko, że przypadają w trakcie meczu mojej ukochanej drużyny. Za nic w świecie nie odpuszczę piłki nożnej, a już na pewno nie dla kilku gratisów. Nie jestem Januszem! Jednak kumoszka zna kogo trzeba, więc jest szansa, że warsztaty rozpisane zostaną w nowym terminie.
W międzyczasie przeszła mi chęć posiadania czystego okna... Zabrałam się więc za nawleczenie nowej gumki do bluzki od Dirndl'a (Oktoberfest za pasem!). Wieki minęły zanim znalazłam w domu taką tyci agrafkę, a na niedobór złego okazało się, że nitka, którą chciałam potem zszyć gumkę, nie ma ani początku, ani końca! Jest sobie tak po prostu nawinięta na szpulkę. Na szczęście dało radę zszywaczem biurowym...
Za dużo, jak na jeden dzień.

środa, 4 września 2013

Do przyjaciela

Możemy milczeć tygodniami, nie widzieć się latami, a nigdy nie zwątpimy w więź, jaka między nami jest. I nic tego nie ruszy! Ty jedna wiesz o mnie wszystko i mimo tego jesteś. Ufam Ci bezgranicznie i ubóstwiam Cię, moja AmMeise!
Samojebka na rynku. Nieoficjalnie.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Konsekwentna systematyczność

Zdecydowanie nie wolno odpuszczać treningu! A jeżeli już się zdarzy, to nadrobić należy go natychmiast kolejnego dnia!
Po nieudanym starcie z planem treningowym, o którym pisałam w ostatnim poście, choć nie miałam się zniechęcać, wyszło zupełnie odwrotnie. Możliwe, że zbyt ambitnie podeszłam do sprawy. Jednak trening musi być wyzwaniem, jeżeli ma być efektywny. Postanowiłam, że wrócę do planu dopiero za kilka tygodni. Muszę najpierw zbliżyć się do wymaganych w nim prędkości. Jednakże dałam się odciągnąć od jakiegokolwiek treningu i efektem tego jest (było) fatalne samopoczucie. Niechęć do wszystkiego, pesymizm, tragiczne myśli i łzy...
Trening uskrzydla. Dodaje energii. Powoduje, że uśmiech wraca : )
Tak więc: KONSEKWENTNIE I SYSTEMATYCZNIE A BĘDZIECIE SZCZĘŚLIWI! <3









święte
słowa !

wtorek, 6 sierpnia 2013

Z pamiętnika biegacza, Part 2

Tak więc stało się. Rozpoczęłam 10-tygodniowy plan treningowy, 10 km poniżej 50 min. Plan zakłada treningi co 2. dzień, w różnym tempie i dystansie. Powiem tylko, że pierwsze śliwki baaardzo robaczywe! Przebiegłam zaledwie pierwsze 2 km w zaplanowanym tempie. Pozostałe dużo słabiej. Ale to jest deprymujące!! Przecież nie biegam od dziś. Mam już w końcu pierwszy medal z zawodów. Powtarzam sobie, że to pierwszy dzień nowego treningu, nowego etapu i poziomu. Że cel i tak zostanie osiągnięty! Poza tym obżarłam się dziś kabanosami. Dobra rada cioci biegaczki: UNIKAJ KIEŁBY W DNI TRENINGU! ; ))

wtorek, 30 lipca 2013

Tęsknię za życiem!

Przeklęta i słaba rzeczywistości, oddaj mi moje życie!!! Moją radość z pracy i obcowania z innymi! Nie można mieć żadnych planów! Żadnej spontaniczności! NIENAWIDZĘ CIĘ! I nie dam się!
Wschód słońca, Sobieszewo, 28/07/13. Nie wybieraj najkrótszej drogi do domu, wybierz tę piękniejszą!!

czwartek, 9 maja 2013

Z pamiętnika biegacza

Biegłam dziś swoją ulubioną trasę "Bociany-Route". Nie łatwo się ją biegnie. Sporo mało mobilizujących podbiegów i piasków pustynnych, jednak wcześniej przeszła burza i zmoczyła teren. Biegło się idealnie.
Ku mojemu zaskoczeniu nie byłam na trasie sama!!! Mieszkam w niewielkiej miejscowości. Na słowo "sport" ludzie tutaj reagują krótkim "a na cholerę!?!" lub stukaniem się w głowę. 90 % społeczności jako jedyną aktywność fizyczną zalicza płodzenie swojego piątego dzieciaka, którego gdy podrośnie będzie lać - w ramach kolejnej aktywności... Przesadziłam i  to grubo. Jednak sport uprawiany nie jest. Zaledwie kilka lat temu jeżdżąc po okolicy na rolkach, powodowałam zatrzymywanie się przejeżdżających aut. Jeden z kierowców chciał mnie nawet podwieźć! ; )
Wracając na Bociany... Co prawda nie miałam okularów i wieczór szarawy nastawał, ale mijałam się z dwiema joggerkami. To pewne! Z twarzy podobne zupełnie do nikogo, ale obdarowałam je szczerym uśmiechem. Nie wiem, czy były równie zaskoczone jak ja. Miny miały kamienne. Ledwo przebierały nogami, niczym po marathonie...
Zdecydowanie to początek ich "biegowej drogi", ale mam nadzieję, że je jeszcze spotkam.

Pozdrawiam. Wasza Joggerka-Bloggerka.

P.S.  Zrobiłam życiówkę na odcinku 5 km! : )

wtorek, 30 kwietnia 2013

Jedyne co mam to marzenia...

że mogę mieć własne pragnienia..? Tak to leciało..? Nie w mojej bajce!

Marzenia są piękne, ale nieosiągalne. Spełniają się bardzo rzadko. Zdecydowanie wolę coś bardziej namacalnego. Mocno stąpam po ziemi. Wolę nie wierzyć w cuda. A już na pewno nie dot. mojej osoby. Realistka.
Od blisko pół roku nie mogę poszukać sobie pracy. Pytanie na kolejnych rozmowach kwalifikacyjnych o moje cele zawodowe oraz gdzie widzę się za lat 5, a gdzie za lat 10, działa na mnie jak płachta na byka!
Działało. Po pewnym czasie zaczęło bawić, czego nawet nie próbowałam ukrywać. Może w tym tkwi sęk ciągłych niepowodzeń..? ; )
Ale ja nie jestem arogancka! Delikatnie daję do zrozumienia, że pytanie mnie bawi. Szukają kreatywnych, otwartych, a zadają banalne, sztampowe i nic nie wnoszące pytania. Żeby mnie rzekomo lepiej poznać?!? Odpowiadam szczerze, iż nie wiem, gdzie się widzę. Bo ja po prostu chcę pracować. Chcę koncentrować się na tym, co dziś. Na tym, żeby robić to dobrze. Nie żyję po to, żeby pracować. Pracuję, żeby żyć.
Jedyne cele, jakie w życiu mam, to moje rekordy biegowe. I nawet te uświadomiłam sobie dopiero całkiem niedawno. Może do karier zawodowych po prostu jeszcze nie dojrzałam? Bzdura, bo biegam zdecydowanie krócej niż pracuję! To nie wiem. Ale, jak się dowiem, o ile się dowiem, poinformuję.
Czuwaj!

P.S. A w piosence leciało o złudzeniach. I sens jej też zupełnie inny, niż ten który nucę pod swoim nosem. Jedynie linia melodyczna ta sama. Profesjonalna: a-moll, C-dur, a-moll/C-dur, G-dur, a-moll. ; )

piątek, 26 kwietnia 2013

Moda na bieganie

1 km - morduję się z kablem od słuchawek. Prawa przerywa!
Km nr 2 - piasek niczym na Gobi, górka, wiatr w oczy. Biegnę wolniej niż idę! Tętno skacze na 220. Jedyne, co pociesza, to przekonanie, że po górce będzie z górki.

Oczy pełne piasku i kurzu, łzawią, ale jest dobrze: muzyka gra w obu uszach, puls w normie. Machnięciem ręki pozdrawiamy się z zaprzyjaźnionym panem traktorzystą.

Na kilometrze czwartym ostra niespodzianka. Tzw. poganiacze. Nic przeciwko psom, jednak wolno biegające "cielaki" po publicznych drogach to lekka przesada! Kłócę się z nimi. Każę iść do domu. Azorki swoje. Nie dogadamy się :/
Charakterystyczny dla biegacza uśmiech znika z mojej twarzy na dobre. Zamiast cieszyć się wiosenną przebieżką, wkurzam się raz po raz.
Kolejny km doprowadza do obtarcia nogi. No tak, tego jeszcze dziś nie było! Piecze tak bardzo, że do domu wracam spacerem. ;]
Taka oto zaplanowana na 8 km przebieżka kończy się na 6., na bólu nogi i...głowy.
Chcesz być modnym, musisz cierpieć ; ))

środa, 17 kwietnia 2013

Urodzinowy komentarz

1oo-letni Jubilat ucina drzemkę przy stole, nie zważając na przybyłych gości. Jego młodsza o 7 lat siostra przewraca kieliszki jeden za drugim, a 84-letni szwagier rozkręca imprezę śpiewem szlagierów z okresu wojny. Wypija brudzia z panem Heniem - 80-latkiem z sąsiedztwa Jubilata. Tenże sam szwagier doprawia się w drodze powrotnej zakupioną na stacji benzynowej flaszką. Nie może samodzielnie wysiąść z auta, potem zasypia w opakowaniu.
Że mądrzejemy z wiekiem? Że zachowujemy umiar? Wolne żarty! Z wódką zawsze [!!!] postąpimy tak samo. ; )

piątek, 12 kwietnia 2013

BIG LOVE - przegląd definicji

Bywa cierpliwa, łaskawa. Bywa, że nie zazdrości, nie szuka poklasku. Bywa biblijna, mityczna, utopijna. Częściej bywa od pierwszego wejrzenia. I trwa długi tydzień.
Jest bez wątpienia jednym z najtrudniejszych terminów do wyjaśnienia. Text w wersji roboczej ciągnie się za mną od tygodni. To moje trzecie podejście do jej, przyjmijmy, "analizy". Oj rozłożę cię na części pierwsze, miłości moja!
Bywasz aż do śmierci, a czasami i ponad ją. Brat mojego dziadka umierał w momencie pochówku jego ukochanej Jadwigi. Pamiętam, jak z cierpieniem wołał do niej: "Zabierz mnie za sobą, Dziuniu"! Posłuchała go, bo sama nie wiedziała, jak bez niego żyć. Bardzo baliśmy się, że podobny los spotka jego brata, kiedy zabrakło naszej kochanej Omi. Ku zdziwieniu, a przede wszystkim uciesze, dziadek jest jeszcze z nami. Jednak kiedy na niego patrzę, wiem, jak bardzo za Nią tęskni, jak bardzo chce już do Niej pójść. Mówi, że bez Niej nie ma tu już nic do życia. Poznali się jeszcze w piaskownicy. Małżeństwem byli ponad 60 lat. Nigdy się nie rozstawali. Nawet, jak Babcia trafiła do szpitala, dziadka musieli zabrać tuż za Nią. Dopadała go ta sama choroba. Pamiętam dwa takie zdarzenia. Tragiczne, choć piękne.
Bywasz chorobliwą. Po okresie zauroczenia, czułości, chwilach szczęścia, dwójki dzieci, przeradzasz się w obłęd. Nie pozwalasz odejść. Nie pozwalasz żyć. Kochasz tak bardzo, że jedyne czego pragniesz, to posiadać. Posiadać na wyłączność. Nie oddasz nikomu. Zazdrość opętała twe myśli i naprawdę wolałabyś widzieć martwym...
Platoniczna. Ona jest piękna. Planujesz z kimś życie, choć ktoś nie wie o swoim "szczęściu". Bywa, że nie wie nawet o twoim istnieniu. Taki Justin Bieber. Kochany przez miliony. Te jego fanki dałyby się za niego pokroić. Z miłości. Platoniczna - bardziej przyziemna - opiera się na wyobrażeniu, idealizmie. Często pęka w momencie, kiedy poznajemy tę osobę bliżej. Lub przeciwnie, pogłębia się i proces odkochiwania się oznacza kilka przepłakanych nocy.
Dojrzała. Z taką spotkałam się ostatnio. Bardzo mi się spodobała, choć obawiam się, że...
Nie zapeszam. Nie czarnowidze. Mocno trzymam za nią kciuki. Znają się od podstawówki. Równie długo są swoimi przyjaciółmi. Ich drogi niejednokrotnie się rozchodziły. Pojawiły się dzieci, rozwody. Zawsze do siebie jednak wracali w tej swojej przyjaźni. Znają się na wylot. Wiedzą o sobie wszystko, a mimo to, ciągle im na sobie zależy. Potrafią siebie nawzajem zaskoczyć, spowodować radość. Swoje relacje opierają na szczerości, na zaufaniu. Obojętnie, co robią, nigdy nie jest nudno. W swoim towarzystwie, milczenie nie jest krępujące. Nie są idealni, ale akceptują siebie. Nie próbują siebie zmieniać. Nauczyli się kompromisu. Dojrzali do siebie, a mimo to nie są razem. Najprawdopodobniej jakiś niewyjaśniony lęk paraliżuje ten krok. NIE BÓJ SIĘ! Czas płynie, świeczka się wypala! Chwyć go za rękę! On jest Twój. Na zawsze!

niedziela, 24 marca 2013

Awaria

Budzę się rano. Rano, bardzo wcześnie i porażona (w ogromnej przenośni!) zostaję wiadomością, iż dziś nie będzie prądu. XXI wiek - czy to możliwe? Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni nie było prądu? 20 lat temu..? Też mi wielka sprawa! - myślę w pierwszym momencie. Jakoś sobie bez prądu poradzę. Chyba. Ale jak się szybko okazało, to się dopiero nazywa "powrót do przeszłości"!
Nie ma prądu, to nie ma wody, więc się nie wykąpię. Dobrze, że jest mineralna w butelce, przynajmniej zaparzę sobie kawę i pomyślę, co dalej (dziękuję ci, mamo, że nie pozbyliśmy się butli gazowej!). Na umycie zębów też starczy. Uff.
Nie ma prądu - nie ma telewizji, nie ma komputera, nie ma nawet telefonu (!), bo wszystkie ustrojstwa są nowoczesne i przenośne, co to bez prądu nie drgną. Komórki też nie ma, bo się właśnie rozładowała. Nikt w końcu nie uprzedzał, że nie będzie jak naładować!
Co więc robić? Piję kawę i myślę.
Nawet pisanie przychodzi mi z trudem. Odwykłam od tradycyjnego długopisu i kartki papieru. Kalendarz prowadzę w telefonie, pisma wystosowuję w wordzie, listy wysyłam mailem lub esemesem. Długopisie, jak cię trzymać w dłoni?!? Zabawne. Ćwiczę literki: Ala ma kota. Kot ma Alę.
Postanowiłam przykleić nos do szyby i jak za dawnych, dziecięcych lat patrzeć na świat. Liczyć samochody przejeżdżające w oddali. Czekać na przelatujący samolot i snuć przypuszczenia, do jakiego ciepłego kraju leci... Po pół godziny patrzenie w okno staje się żmudne. "W czasie deszczu dzieci się nudzą..." - tak śpiewało się kiedyś, inaczej niż dziś.
Po jaką cholerę tak wcześnie wstawałam!?! No tak, zimno mnie obudziło, bo nie ma prądu - nie ma ognia w piecu!
Wiem! Poczytam. Muszę tylko poszukać jakiegoś jasnego miejsca ; )

wtorek, 26 lutego 2013

Słowo na dziś: niestabilność


Anna, lat 33. Anna, ekonomistka. Anna, bezrobotna, Anna wyrzucona z pracy! Bo Anna kocha męża. Choć nie swojego.

Anna chwiejna.
Anna labilna.
Anna zmienna.

Niestabilność uczuciowa charakteryzuje się brakiem zdecydowania. Pojawił się X - zdradziła. Pojawił Y, Z. Tym razem miałoby być inaczej, a pojawia się mąż. Nie swój! K u r * a, n i e  s w ó j !

Niestabilność bytowa: mieszka w pokoju, w którym spędziła dzieciństwo. Przyszło jej do niego wrócić po 10 latach szukania samej siebie i cholera wie czego! Ciągłe zmiany miejsca zamieszkania, pracy, kosztowne rozrywki, niepewne interesy... Losie, dziękuję ci za rodziców. Wyrozumiałych, bezwarunkowych, automatycznych.

Emocjonalnie zagubiona. Żyje w wytworze wyobraźni. Kocha Jego dzieci, odwiedza Jego rodzinę, odbiera Go z dworca, z Nim dyskutuje na temat nowości w kinie, dla Niego gotuje, pytając na co ma ochotę. Przy kolacji siedzą naprzeciwko siebie. Zdarza się, że zęby umyje Jego szczoteczką. On przy niej zasypia, a ona patrzy się na Jego spokojną twarz, a potem...potem się budzi. W pustce się budzi.

Egzystencja. Między jednym a drugim. Chce uciekać, wracać do życia, a coś nie pozwala jej odejść. Coś chwyciło ją za rękę i mocno trzyma.

środa, 20 lutego 2013

Bezrobociu zwany bezrobotnością, do ciebie mówię!

Na początku cieszysz: dajesz czas na oddech. Zaległe porządki, mycie okien. Spotkania ze znajomymi, odkładane z braku czasu. SPORT!!! O tak, dużo sportu. 5 kg mniej.
Dajesz czas na przeczytanie sterty książek - nawet całej. Internet też cały można wtedy przejrzeć. Bloga założyć ;). Wyspać za wsze czasy. Ba! Na zapas. I te okna jeszcze raz umyć można. (Przykład z mycie okien przytoczony przykładowo. Mojego stosunku do mycia okien, nawet zimowa bezrobotność nie zmieni!)
Oprócz tego czasu "na wszystko", pojawia się też radość. Że zaczniemy coś nowego, coś fajnego. Pojawia się podniecenie, bo przecież nowe otoczenie, nowe wyzwania.

Że ta nowa praca będzie...

Że będzie...

Że...

Będzie???

I wtedy mija tydzień, dwa. Nie, tego się nie zauważa! Mija miesiąc, dwa. Telefon nawet jak nie milczy, to gada głupoty! Składa niemal niecenzuralne propozycje!! Czy aż tak niewiele jestem warta? Ja: pracowita, lojalna. Ja zdolna. Ja.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Pożagnanie

Jak pożegnać kogoś, kogo żegnać nie potrafimy?!?! Żegnać nie chcemy!?!
Choć dałeś nam tyle, ciężko jest się pogodzić z tym, że nie dasz jeszcze więcej. Tyle kryłeś w sobie potencjału, tyle talentu...
Dziękuję za wycieczki, obozy. Dziękuję za każdą opowieść, za każde słowo, nawet srogie.
Kto odważy się i stanie nad Twoim grobem, i powie cokolwiek..? Kto, jak nie Ty sam, zrobi to lepiej?

wtorek, 29 stycznia 2013

R & J


[w marcu 2008 r.]
On.
Imię: Romeo.
Wiek: w połowie „30” – choć to tylko liczba, nic nie znacząca.
Oczy niebieskie. Chyba.
Wzrost wysoki raczej.

Stan cywilny: nieznany.
Znak zodiaku: r a k. [a jakby inaczej!]

Zawód: żołnierz zawodowy, z krwi i kości, z powołania, i oddania…

Hobby: sporty drużynowe (oprócz krykieta), psy i rybki. Ratuje dzikie grzywacze, a Reprezentacja Polski w piłce jest dla niego jak Ojczyzna – obowiązkiem!
Zapracowany, z życiowym motto: „Nic mnie nie złamie”. Lekiem na całe zło jest dla niego jedno. Stoi pod presją społeczeństwa… Czuje się potrzebny w pracy.
Lubi kobiety spełniające się, choć nie do końca potrafi przypisać je do życiowego schematu. Lubi piwo.
Lubi Legię. [O zgrozo!]
Żużel lubi.
Lubi podróże, szczególną sympatią darzy Amerykę.
Tajemniczy, szarmancki.

Ona nie zna odpowiedzi, dlaczego do niego piszę. Przeszła jej tylko taka myśl, że jest Jego aniołem. Bezwarunkowym, małym stróżem, który zawsze będzie dodawał Jemu skrzydeł, jak tylko zajdzie taka potrzeba.
Bo jest Jego losem. Jego drugą szansą.

Imię: Julia.
Wiek, zodiak, stan cywilny i takie – znane.
Lubi pić poranną kawę w piórach, pachnąc jeszcze nocą. Bo to taki wyjątkowy moment, kiedy noc zlewa się z dniem.
Lubi Jego dłonie: delikatne i czułe. Choć nie dotykała, a wie!
Lubi z nim rozmawiać, bo lubi swoje szybciej bijące serce. A tylko przy Nim bije szybciej.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Zmieniłam moje życie


Siódma rano to dla niej noc – niemal jak była nocą dla Ryśka R. Nie wstaje przed południem – taka zasada! Ma ich niewiele, to przynajmniej tej jednej kurczliwie się trzyma. Jest jak Bonifacy i niebieski Śpioch z kreskówki do kupy. Nie, nie Gargamel! Ten drugi. Z reguły budzi się z bólem głowy i kacem gigantycznym i z reguły powtarza sobie: „Nigdy więcej! To był ostatni raz.” Ale gdy gigant minie, mijają i puste postanowienia. Nie wytrzymuje już ani krótkich dwóch dni bez alkoholu.


Barbara, lat 33, stan cywilny: mężatka/mąż Adrian, dzieci: brak, wykształcenie: wyższe dziennikarskie; języki: francuski biegle, angielski i niemiecki komunikatywnie; hobby: historia XX wieku, narciarstwo alpejskie, kuchnia hinduska. Alkoholiczka.
Męża poznała 10 lat temu podczas rocznego stypendium w Bordeaux. On, Francuz, studiował tam ekonomię. Ona przypadkiem przyjechała, bo zakwalifikowała się na wyjazd w ostatniej chwili.W oko wpadli sobie od razu. Chemia też się zgadzała, a motyle w brzuchu ma do dziś, jak tylko o nim pomyśli! Bariery językowe pokonali szybko. Francuskiego Barbara uczuła się od dziecka i potrzebowała zaledwie kilku tygodni, aby jej sny śniły się również po francusku.
Po roku miała wracać do Krakowa. Wiedzieli jednak z Adrianem, że to niemożliwe. Że musi zostać! Tam! Z nim!I choć w Krakowie byłaby już na trzecim roku, nie mrugnęła nawet okiem, kiedy dostała miejsce już jako, nazwijmy to, „regularna” studentka na Université Michel de Montaigne Bordeaux, choć zacząć musiała praktycznie od początku.Pozostawała kwestia finansowa, ale wszystko było ważne – inaczej. Liczył się Adrian i ona. Byli tak zakochani, że nic nie mogło stanąć na ich drodze do wspólnego szczęścia.Szybko znalazła dorywczą pracę w redakcji gazetki polonijnej. Adrian dostawał stypendium naukowe, poza tym zawsze mógł liczyć na chojność swoich rodziców, więc główne wydatki szły na jego konto. Jej drobne franki starczały na jedzenie i na te takie kobiece comiesięczne.Rodzice Adriana zaakceptowali Barbarę szybko, znajomi również. Wszystko układało się znakomicie. Miłość kwitła, z dnia na dzień było cudowniej. Bała się, że kiedyś obudzi się z tego francuskiego snu, ale świt nie nadchodził.Jedynym problemem były studia. Inny system, inne wymagania, a do tego jeszcze jednak inne zaawansowanie języka.Adrian skończył ekonomię z wyróżnieniem. Zawsze był prymusem, do tego z wielkimi ambicjami. Już wtedy wiedziała, że wiążąc się z nim, zawodowo zawsze będzie stać w jego cieni, ale nie stawiała sprzeciwu. Kariera nie płynęłą w jej krwi.Zaraz po studiach rozpoczął pracę w dużej korporacji. Ona zacisnęła zęby i nawet jak z poślizgiem, to w końcu również udało jej się zakończyć edukację. Dużo ją to jednak kosztowało. Adrian bardzo ją dopingował, rodzice w Polsce również. Rzadko się widzieli, ale telefonicznie byli w nieustannym kontakcie.

Ślub. Nie było jak w bajce. Nie było nawet w Polsce, co bardzo nie spodobało się rodzinie.Dla niej to też nie był szczyt marzeń, bo zawsze chciała zgodnie z obyczajem.Przez to, że bardzo rzadko jeździli w jej strony, kontakty ze starymi znajomymi bardzo się ochłodziły, a drogi -siłą rzeczy- porozchodziły.W Bourdeaux wkręciła się w grono Adriana, dlatego praktyczniej było sprowadzić garstkę gości z Polski, jak całą armię francuską tam.Wesele było skromne, nawet drętwe. Wszyscy starali się jak mogli, ale i tak goście z jej strony czuli się nieswojo. Bariera językowa, kulturowa itd. Wódkę zastąpiło wino mniej lub bardziej kwaśne, a golonkę – żabie udka! Czy trzeba mówić więcej? I to wszystko na weselu jedynej córki. Chańba na pół Europy!Adrian w międzyczasie awansował, co wiązało się z przeniesieniem do Paryża. Pierwsze tygodnie żyli weekendowo, bo Barbara była związana z gazetką polonijną, ale gdy tylko znaleźli odpowiednie mieszkanie przeprowadziła się również. Choć dobrze było jej w małej redakcji, to po pierwsze poszła wiernie za mężem, po drugie nie oszukujmy się, Paryż był wyzwaniem dla młodej dziennikarki! Paris, paris – to morze możliwości!

Ciąża. Radość była wielka, bo przecież to spełnienie marzeń. Straciła ją jednak na początku czwartego miesiąca. To był pierwszy, poważny i ogromny szok w jej życiu, ale starali się nie dramatyzować. Wmawiali sobie nawzajem, że tak bywa i nie wolno się poddawać. Adrian dużo pracował. Żył firmą, rozwijał się i ten wir pracy pomógł mu zapomnieć o ich straconym dziecku. A Ono było w jej łonie i wymazać z pamięci tego nie mogła.Nie miała zajęcia, w którego wir mogłaby się rzucić. Pisywała do różnych gazetek, a pracowała głównie w domu.

Alkohol. Butelka wina była wliczona w każdy dzień. Adrian wielokrotnie nawet nie wiedział, bo wracał, kiedy ona już spała. Często wyjeżdżał. Zabierał ją jak tylko mógł, jednak dni w delegacji spędzała równie sama jak w domu w Paryżu. Czuła się bardzo samotna. Nie miała żadnych znajomych w Paryżu, żadnej przyjaciółki na ploty przy kawie. Zapisała się do klubu fitness z nadzieją, że może kogoś pozna. Paryżanie okazali się jednak wyjątkowo zamknięci. Wracała do pustego mieszkania i piła. Było już tylko kwestią czasu, kiedy jej nałóg wyjdzie na jaw. Mężowi nie chciała się żalić, jak bardzo jest jej źle. On jednak mimo rzadkiej obecności w domu, nie dał się oszukać. Długie dyskusje doprowadziły do tego, że wybrała się na spotkania grupy anonimowych alkoholików. Ludzie z grupy działali jednak na nią agresywnie, nudzili i denerwowali. Szybko zrezygnowała za spotkań i coraz bardziej pogrążała się w alkoholu. Brakowało jej ludzi wokół ze studenckich czasów. Nagle brakowało i polskości. Najbardziej męża. Awantura wybuchała za awanturą. Rozstanie było nieuniknioną konsekwencją.

Walka i próby. Adrian nie poddał się bez walki – zabrał ją na dwutygodniowy urlop w jej rodzinne strony. Wiedział bowiem, że tylko tam Barbara ma szansę odnaleźć swój spokój. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu na jej twarzy pojawił się uśmiech. Była w domu. Było jej dobrze. Stare, kazimierskie ścieżki, po których nie spacerowała wiele lat. Mariacki hejnał wywołał u niej łzy. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak ogromna była jej tęsknota. Dni z najbliższymi dobrze na nią wpływały. Przez 14 dni nie wypiła jednej kropli alkoholu. Nawet o nim nie myślała.Jednego wieczoru, kiedy mąż Adrian wybrał się na mecz z jej bratem, zaczytywała się w nieznaną dotąd Olgę T. Lekturę przerwała jej matka, która bez obłudy zapytała: „Co z tobą, córeczko”? Kiedy usłyszała „córeczko”, po prostu wybuchnęła płaczem.Opowiedziała jej o swojej samotności. O życiu w Paryżu, które okazało się udręką. O marnym zajęciu w gazetce dla dzieci. O dziwnie niedostępnych ludziach. O kochającym, ale ciągle zajętym mężu i wreszcie o alkoholu, który jako jedyny pozwala jej jeszcze żyć. Matka Barbary była przerażona tym, co usłyszała. Córka zawsze starała się szczędzić jej złe wiadomości. Wiedziała o straconej ciąży, bardzo chciała ściągnąć wtedy córkę do kraju, ale wszelka pomoc była przez nią odrzucana. Córka zawsze chciała sobie radzić sama. Za wszystkim sama. Zamknęła się w swoim kokonie. Długo rozmawiała z matką. Obiecała, że po powrocie do Paryża zgłosi się do specjalisty. Że poszuka sobie nowej pracy.

Rozstanie. Do Paryża wrócili bardzo odprężeni. Adrian powtarzał tylko: „Widzisz najdroższa, nie potrzebujesz pić. Doskonale radzisz sobie bez alkoholu”.Też tak myślała. Ba! Była przekonana! Już snuła plany, do jakich redakcji będzie pisać. Już najlepiej zaraz po wylądowaniu na de Gaulle. Niestety kiedy tylko przekroczyli próg ich mieszkania, wszystko wróciło. Adrian do pracy. Barbara do czerwonego, półwytrawnego.Wspólnie z Adrianem wielokrotnie chodzili do psychiatrów, terapeutów. Łykała tabletki mające zahamować głód alkoholowy. Pozwalała się kłaść na oddziale psychiatrycznym na odwyk. Wszystko na nic.Doszło do tego, że Adrian zabierał jej wszystkie pieniądze, ale ostatnim problemem w Paryżu było znalezienie frajera, który postawi ci drinka. Była na dnie. Choć właściwie, tylko tak się jej wydawało. Kiedy po kilku razach, kiedy Adrian zostawał z nią w domu, a ona uciekała, bo musiała się napić, on nie wytrzymał. Powiedział „basta”! On odszedł.

Przebudzenie. Budziła się jak ten Bonifacy. Na chwilkę. Wszystko było obojętne, wszystko straciło sens, ona straciła sens.Leżała sama w ich łóżku i dno, o którym myślała, że je osiągnęła, dopiero teraz pokazało swą prawdziwą głębię. Nie pamięta, jakim lichem bądź cudem, zmobilizowała się do spaceru. Idąc wzdłuż Sekwany, po raz pierwszy naszły ją myśli samobójcze. Przeraziła się ich, wiedząc jednak, że życie nie może się tak dalej ciągnąć. Zadzwoniła do Adriana. Nie odebrał... Popłynęły jej łzy, szlochała tak bardzo, że zatracała równowagę. Przysiadła nad brzegiem rzeki i patrzyła na przepływające barki. Nagle przeszły ją dreszcze, wiatr mocniej powiał i poczuła zapach. Zapach, którego nie czuła już bardzo dawno, bo od czasów szkoły średniej. To był zapach perfum jednego z kolegów ze szkolnej ławy. W wieku 18-tu lat popełnił samobójstwo. Teraz już prawie o nim zapomniała, ale przed laty bardzo przeżyła jego nagłe odejście. „Nie poddawaj się! Na spotkanie mamy jeszcze czas!” – wyszeptał jej do ucha. Wtedy właśnie podjęła kolejną decyzję i poddała się stacjonarnemu leczeniu w klinice. Trzy miesiące izolatki, terapii i nauki życia bez nałogu.Ze swoją rozmówczynią spotkałam się ponownie po odbytym odwyku. Nie potrafiła jeszcze mówić o tym, co działo się z nią przez ten okres. Na razie cieszy się, że zrobiła pierwszy krok. Udany krok powrotny do świata. Drugim jest ten tekst, na który mi pozwoliła, i który wspólredagowała. To próba jej sił na nowo.Adrian w klinice odwiedził ja raz. Czuła jego zdenerwowanie, ból. Ale była i iskierka w oku. Trzymajcie kciuki, żeby był to krok nr trzy.
x

Niespodzianki nie było. Rawys niepokonany



W I Turnieju o Puchar Wójta Gminy Lubiewo (nie pierwszym w ogóle, pierwszym pod szyldem BKP Bysław) udział wzięła zaskakująco duża liczba drużyn.

13 teamów z powiatów świeckiego oraz tucholskiego zmagało się w fazach grupowej oraz pucharowej, wyłaniających najlepszą trójkę. W finale każdy zagrał z każdym i mimo ogromu wysiłku włożonego w pierwszych meczach, zmęczenia oraz braku walki widać nie było. Pierwsze miejsce wywalczył Rawys Raciąż – drużyna, która nie tylko przez swoje doświadczenie, jeszcze przed turniejem zaliczała się do grona faworytów, ale i potrafiła zachwycić techniką gry. Drugie miejsce przypadło Klonowi Klonowo, a trzecie Szalonemu Bysławkowi.
Klonowo i Bysławek, to nie jedyne drużyny z terenu gminy Lubiewo, które zagrały. Nie zabrakło reprezentacji Lubiewa oraz dwóch z Bysławia („maluchów” i „starszaków” – że z sympatii pozwolę sobie na tak pieszczotliwe określenie). We wszystkich naszych drużynach występowali zarówno młodzi chłopcy, jak i dojrzali panowie. Świadczy to o tym, jak duże upodobanie w piłce nożnej właśnie mają mieszkańcy naszej gminy. Widać także nie jeden talent, a przede wszystkim chęć do gry. I aż łza się w oku kręci, że jako samorząd nie mamy tym chłopakom nic do zaoferowania. Nie ma bazy. Nie ma organizacji. Nie ma inicjatywy. Przysłowiowa rzepka skrobana przez każdego, skazana jest na niepowodzenie, Pojawia się także obawa, że droga do stworzenia czegoś fajnego i wartościowego nie tędy prowadzi. O drodze do sukcesów nie wspomniawszy... Jednakże ukłon w stronę organizatorÓW (bo nie uwierzę, że pan Sławek sam ogarniał! ;) ), że mimo małych potyczek natury technicznej, potrafili zgotować dobre widowisko i potwierdzić, że to „piłka rządzi światem” – sentencja do wolnej interpretacji. Czuwaj!