sobota, 2 listopada 2013

W dżungli życia

Lubiłam pić. Szczególnie jako nastolatka. Nie tylko dlatego, że robiłam coś, co było zarezerwowane dla dorosłych, ale także dlatego, że pod wpływem alkoholu stawałam się zupełnie inną osobą i bardzo mi się to podobało.

Pewnego dnia zauważyłam dziwną zależność: po wypiciu kieliszka alkoholu poprawia mi się humor, czuję się pewna siebie, jestem mocna, odważna i fajna.

To było super uczucie. Ale jakoś dziwnie szybko mijało i zaczynało się zamieniać w rozpacz, niechęć, beznadzieję, bezradność i apatię. Najpierw dawało kopa w górę, a potem tak samo mocnego kopa w dół.

Pomyślałam, że to dziwne.
Zaczęłam się zastanawiać.
Jak to jest? O co w tym chodzi?

Zaczęłam przyglądać się sobie. Dlaczego alkohol powoduje taką iluzję? Dlaczego czuję się silna, mądra i wspaniała jeżeli w rzeczywistości wcale nie jestem silna, mądra i wspaniała? A może ja jestem silna, mocna i wspaniała, tylko o tym nie wiem? Ale co z tym wspólnego ma alkohol?

To było niesamowite!
To było trochę jak czarodziejska różdżka, która zamieniała mnie w kogoś, kim bardzo chciałabym być, ale tylko na krótką chwilę, bo potem wpadałam do czarnej dziury koszmarnej rozpaczy i nienawiści do samej siebie.
Ha! Jak to możliwe?

Czy w gruncie rzeczy to nie jest oszukiwanie samego siebie?
Czuję się słaba, głupia, gorsza od innych, więc sięgam po magiczny kieliszek, wypijam alkohol, żeby poczuć się lepiej. I rzeczywiście przez chwilę czuję się lepiej, ale przecież ja się nie zmieniam w środku na kogoś lepszego! Ja tylko udaję przed samą sobą, ze jestem kimś innym!
O rety!!!

Niespodziewanie dotarła do mnie porażająca prawda:
Alkohol jest dla słabych ludzi, którzy pod jego wpływem myślą, że są silni. Ale gdy tylko alkohol wyparuje, oni z powrotem zamieniają się w tych, którymi są naprawdę, i tym wyraźniej dostrzegają swoje braki.

Po alkohol sięgają tchórze - ludzie, którzy nie mają odwagi zająć się konstruktywnym budowaniem swojego życia.
Nie chcą myśleć o tym, co jest do zrobienia, bo wolą zapomnieć o wszystkim i przetrwać do następnego dnia.
Noszą w sobie tyle ukrytego strachu, że czują się sparaliżowani na samą myśl o tym, że mogliby wziąć odpowiedzialność za swoje życie i urządzić je tak, jak najbardziej pragną. Ten głęboko ukryty strach, do którego nigdy się nie przyznali, odbiera im całą moc.
Czują się bezradni i zagubieni w ślepym zaułku, z którego nie ma wyjścia.
I wtedy sięgają po alkohol.

Bo wiedzą z doświadczenia, że pod wpływem alkoholu nagle wszystko wydaje się możliwe. Po pijanemu planują podróż na Hawaje, zdobycie Kilimandżaro, rozwód z niekochaną żoną, wygarnięcie prawdy szefowi, przebudowę domu i wiele innych spraw, które domagają się rozwiązania.

Kiedy byli trzeźwi, czuli podświadomy paraliżujący strach przed zrobieniem czegokolwiek.
Kiedy są pijani, strach wydaje się na chwilę znikać. A oni odważnie ogłaszają nowe postanowienia.
Problem polega jedynie na tym, że te postanowienia bledną razem ze światłem poranka. A życie wciąż jest tak samo nudne i trudne jak było wcześniej.

Bo alkohol w gruncie rzeczy wcale mnie zmniejsza strachu. On tylko tworzy iluzję, że tego strachu nie ma.

Dlatego po alkohol sięgają ludzie, którym brakuje wewnętrznej siły, żeby doprowadzić do realizacji swoich planów i zamierzeń. Czują z tego powodu żal i rozczarowanie, więc zalewają swój smutek płynem rozweselającym.

Po alkohol sięgają ludzie głęboko nieszczęśliwi, którzy nigdy nie zrobili niczego dla siebie i czują się opuszczonymi sierotami miotanymi przez wichurę życia. W alkoholu trawią swoje gorzkie myśli.

Szukają chwilowej iluzji.
Chcą zapomnieć.
Bo przecież to chwilowe wrażenie wesołości szybko znika, a ty zostajesz znów dokładnie z tym samym, co miałeś wcześniej.

Przez całe życie widziałam ludzi pijących alkohol. Sąsiedzi, znajomi, bohaterowie filmów, imprezy aż do rana, gdzie spotykali się ludzie rozbawieni alkoholem. Najpierw tryskali energią i radością, a potem zaczynali kłócić się ze sobą i walczyć.
Alkohol jest w Polsce codzienny jak kromka chleba.

Pamiętam że podczas warsztatów literackich organizowanych przez Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy po porannych dyskusjach o poezji i prozie, następowały wieczorne rozmowy suto zakrapiane alkoholem. Miałam wtedy osiemnaście lat. Koledzy „młodzi literaci” podsuwali mi szklankę wina ze słowami:
- Pij, będziesz łatwiejsza.

Nie chciałam. Coś mi w tym nie pasowało, choć nie potrafiłam jeszcze wtedy tego wyjaśnić.

Teraz wiem, że alkohol to oszustwo i spróchniała deska ratunku dla zbłąkanych we własnym życiu.

Alkoholik to taki człowiek, który zamiast wylewać z siebie łzy, wlewa w siebie alkohol.

Uzależnienie od alkoholu to choroba samotności, zagubienia i bezradności. Nie ma nic wspólnego z pijaństwem. Alkoholik to człowiek, który stracił w życiu sens i cel, więc swoją bierność i bezradność zalewa alkoholem. Wie, że źle robi, ma wyrzuty sumienia, po których czuje się jeszcze gorzej, ale ponieważ jest wewnętrznie samotny i przestraszony jak małe dziecko, to jedyne, na co potrafi się zdobyć, to chwilowe uciszenie swoich łkających myśli alkoholem.

Jeżeli znasz kogoś, kto nadużywa alkoholu, spójrz na niego w taki sposób.

To jest człowiek, który nosi w sobie tyle strachu, którego nigdy nie poznał i nie nazwał przed samym sobą, że jest w pewien sposób emocjonalnie sparaliżowany. Miota się jak w potrzasku. Jest w głębi duszy bardzo samotny i bardzo nieszczęśliwy – nawet jeżeli na zewnątrz udaje kogoś przebojowego i silnego.

Na tym polega ta choroba.
Ukrywa przed człowiekiem jego własny strach i niemoc.
I pęta go żelaznymi kajdanami.

To jest dokładnie taka sama choroba jak anoreksja i bulimia.
I jest na nią tylko jedno lekarstwo.
Jedyne, co może człowieka uwolnić z takiego uzależnienia, to miłość. Nie mam na myśli związku dwóch osób. Mam na myśli poczucie, że jest się kochanym. Choćby przez siebie samego.

Fragment książki Beaty Pawlikowskiej „W dżungli życia”, wydanie III, napisane na nowo, wyd. G+J październik 2013; 
Dziś zamówiłam. Nie mogę się doczekać lektury...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz