Wszelkie obowiązki domowe przysparzają mi zawrotów głowy. Jednakże pewne minimum wykonane być musi, czy chcę lub nie.Winę mojego niechlujstwa domowego zwalam na dwie osoby: mamę, która zawsze była szybsza i wyręczała ze wszystkiego oraz byłego faceta, który, co tu wiele mówić, lubił prasować, gotować, i sprzątać. Nie lubił za to młotka, wiertarki i takich. Nic więc dziwnego, że w końcu musieliśmy się rozstać.
Dzisiaj zabrałam się za umycie okna (tylko jednego, żeby nie osiwieć!). Oczywiście skrupulatnie się przygotowałam: wyprostowałam włosy, pomalowałam paznokcie, włożyłam miętowy sweterek od Jake'sa - w końcu mam wyglądać przez okno!
Już prawie zabierałam się do roboty, kiedy zadzwoniła kumoszka - także ChPD - z propozycją udziału w warsztatach kulinarnych. Rzuciłam moim oczywistym "A na cholerę"?!?!? Kuszące okazały się gratisy, jakie na owych warsztatach można zdobyć. Od razu wiedziałam, że nie o kunszt kulinarny tu chodzi! Pech tylko, że przypadają w trakcie meczu mojej ukochanej drużyny. Za nic w świecie nie odpuszczę piłki nożnej, a już na pewno nie dla kilku gratisów. Nie jestem Januszem! Jednak kumoszka zna kogo trzeba, więc jest szansa, że warsztaty rozpisane zostaną w nowym terminie.
W międzyczasie przeszła mi chęć posiadania czystego okna... Zabrałam się więc za nawleczenie nowej gumki do bluzki od Dirndl'a (Oktoberfest za pasem!). Wieki minęły zanim znalazłam w domu taką tyci agrafkę, a na niedobór złego okazało się, że nitka, którą chciałam potem zszyć gumkę, nie ma ani początku, ani końca! Jest sobie tak po prostu nawinięta na szpulkę. Na szczęście dało radę zszywaczem biurowym...
Za dużo, jak na jeden dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz