niedziela, 19 lutego 2017

Podsumowanie roku

2016 to był wyjątkowy i ambitny sezon (przynajmniej co do ilości). I końcu znalazłam czas na to, żeby go krótko podsumować.

Wiosna wystartowała Półmaratonem Warszawskim. Był to bardzo emocjonujący start w ramach charytatywnej akcji #biegamdobrze. Biegłam dla Fundacji Rak&Roll, żeby uświadomić ludzi wokół, że rak dotyka każdego z nas. Że może. Że przed nim jesteśmy równi już na pewno! Że on nie wybiera! Że trzeba być czujnym, trzeba się badać i o siebie dbać. Nie przyjmujemy tego do wiadomości, dopóki nas bezpośrednio nie dotknie... Zebrałam sporą sumę pieniędzy, która została przekazana na rzecz Fundacji. W podzięce darczyńcom zobligowałam się do zakończenia sezonu dystansem królewskim. Jeszcze wtedy nie rozumiałam, na co się porywam...
Po kwietniu przyszedł maj i 1/2 w Bydgoszczy. Bieg przez mękę - tyle z niego pamiętam. Gdzie walka z samym sobą zaczyna się na starcie, a na 3 km pojawiają się pierwsze omdlenia i zejścia z trasy. Ten bieg pozwolił mi zrozumieć jedną rzecz: bieganie to nie tylko ciężki krok za krokiem, to przede wszystkim charakter! I my pokazaliśmy, że go mamy! Przy okazji czyniąc dobro. Był to kolejny start charytatywny i tylko to powstrzymywało mnie od zejścia z patelni. Przegrzało nas tak bardzo, że przez kolejne dni dochodziłam do siebie.
Jakże cudownie było pojechać na nocny półmaraton do Wrocławia! Bez obawy o skwar, mimo połowy czerwca ;) Cudowna atmosfera biegu! Fajni ludzie po trasie, miasto oświetlone zapierało dech w piersiach. Wszystko szło gładko niestety tylko do 5, może 7 kilometra. Pojawił się ból przeszywający lewą część ciała od biodra aż pod kolano. Przeszywało tak bardzo, że bieg kończyłam ze łzami w oczach. Nie była to zbyt dobra prognoza na równy miesiąc przed debiutem w triathlonie...
Przygotowania do najważniejszego startu nabrały tempa. 3x w tygodniu basen, 2x bieganie, 2x trenażer i 1 długie wyjeżdżenie w terenie, co oznaczało czasami 2 treningi dziennie. Dla mojego leniwego organizmu pobudki o 5.10 były największym wyzwaniem. O godz. 9.00 siadając na najbliższe 8 godzin przed komputer, nie opuszczała mnie wściekła myśl "Po co ci to"?!? I zagryzając wargi, odpowiadałam "żeby być 3x lepszą"!! Z tego miejsca muszę podziękować mojemu zakładowemu teamowi, że mnie przez te 8 godzin każdego dnia znosili - nie był łatwo. Jus, Tobie dziękuję najbardziej! <3  
Nadszedł sądny dzień, 23 lipca 2016 roku. Ze startu pamiętam tylko dźwięki Two Steps from Hell - Heart of Courage i niedowierzanie, że to już dla mnie ten strzał armaty, że dla mnie ta wrzawa, że dla mnie te myśliwce na niebie. Etap pływania był najgorszym przeżyciem sportowym, jaki dotąd musiałam przeżyć. Był porażką! Woda była tak mętna, że nie widziałam zegarka na nadgarstku! O basenowych kafelkach nie wspomniawszy ;)
Wyszłam 15 minut później, niż planowałam... Tyle przekleństw, ile rzuciłam w T1, to jeszcze chyba nigdy na raz nie padło z moich ust.
Pierwsze kilometry na rowerze pozwoliły mi się trochę uspokoić i zdystansować. W końcu do mnie dotarło, że to się dzieje! Że jadę w Challenge Poznań i że za 2 godziny będę najszczęśliwszą triathlonistką na tej planecie : )
No i byłam. W T2 szybka zmiana butów, okularów (!!), nakrycia głowy - lans musiał być - i z szerokim uśmiechem wbiegłam na trasę ostatnich 10 km przez miasto. Radość była ogromna spotykając kibiców, przybijając piątki. Szczególnie dopatrując się swojego osobistego fanklubu ;) 
Byli ze mną najwierniejsi i najważniejsi. Mam nadzieję, że wiecie, ile to dla mnie znaczy?! Jestem 3x lepsza! Jestem!
Odetchnęłam z ulgą, choć wiedziałam, że mogę zrobić zaledwie kilka dni pauzy. 4 i najtrudniejszy start tego roku był ciągle jeszcze przede mną. Krótka modyfikacja planu treningowego, dołożenie długich wybiegań, treningowy półmaraton praski, piętnastka w rodzinnych Borach - wszystko po to, żeby przeżyć królewski dystans.
26 września stanęłam na starcie maratonu warszawskiego i po 6 godzinach walki stałam się maratończykiem. Przekraczając linię mety, po raz pierwszy posypałam się emocjonalnie. Łzy były już dużo wcześniej, kiedy na 7 kilometrze dojrzałam niespodziewane, znajome twarze, ale to, co ze mną stało na mecie, ciężko opisać nawet z perspektywy czasu. Byłam tak bardzo zmęczona, że nie docierało do mnie, czego właśnie dokonałam. Chciałam tylko po prostu usiąść, a najlepiej położyć i spać. Dotrzymałam danego słowa i jestem jedną z nich!   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz