sobota, 2 lutego 2019

nie wiesz, co robić? rób triathlon!

To nie będzie tekst o życiówce w Enea Bydgoszcz Triathlon, choć taka była. Nie trudno o nią w debiucie. Choć z drugiej strony, zawsze można było wystartować i nie ukończyć. I o to też nie trudno było w Bydgoszczy. Szczególnie na dystansie 1/4 IM.
Nie będzie to też rozprawka o technicznych aspektach ani o założeniach, bynajmniej o wynikach w ogóle.
Ornoska odnosi się do emocji, bo te są dla niej najważniejsze. Może to i dla wielu niezrozumiałe. Bo każdy ciśnie i ciśnie, i ciśnie w tym triathlonie. I wynik się liczy. I miejsce na mecie. I miejsce w KW, i, i, i. Cóż, naprawdę nie dla mnie.
W triathlonie debiutowałam 2 lata temu, olimpijką w Poznaniu. Wtedy uznałam, że 1,5 km pływania to dla mnie póki co za dużo. Ja, wychowana nad Wielką Wodą! Ja, przepływająca jezioro w ta i nazad! Ja, żrąca glony z bysławskiego dna! Ja boję się otwartej wody!
Pływanie w 1/4 IM to tylko 950 m. Zdawałam sobie sprawę, że w Brdzie lekko nie będzie. Że nawet jak bydgoski odcinek to kanał, rzeka zawsze pozostaje rzeką i nie ma możliwości, żeby woda w niej stała jak bajoro. Lęk przed wodą otwartą wydawał mi się być opanowany. Jednak, że aż tak przyjdzie mi walczyć z prądem? Nie sądziłam. Że weszłam do tej wody żałowałam po pierwszych 5 minutach. Szczególnie, że płynęłam w miejscu! Plułam sobie w twarz: "Dlaczego nie zostałaś w domu pod kocem"?!? Myśli o tym, ile zainwestowałam, ile treningów za mną, że nie wolno się teraz poddać, nie pomagały. Nie mogłam utrzymać rytmu! Woda ciągle mnie zalewała. Co upłynęłam kilka metrów, znowu stałam w miejscu! Chciałam tylko wyjść z tej wody. Ratownicy asekurujący zawody mieli pełne ręce roboty, bo o pomoc wzywał co chwilę ktoś. Kiedy ja już w końcu chciałam krzyknąć o pomoc, nie było żadnej wolnej ekipy przy mnie. A i wtedy pojawił się głos: "Płyń"! "Nie mogę"! "Płyń, ku*wa"!
Popłynęłam. Wściekła! Oj jaka ja byłam wściekła!! Z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach dopłynęłam te 500 m do nawrotki. Kiedy w końcu wyszłam z wody, myślałam, że padnę i tak będę leżeć! A gdzie tu 45 km roweru? O biegu nie wspomniawszy...
Pierwsze kilometry na rowerze są zawsze trudne. Trzeba się przestawić na inny ruch, wycisnąć maxa. A ja po prostu bardzo się cieszyłam, że wyszłam cało z tej wody. Starałam się skupić, poukładać myśli, przypomnieć sobie, co teraz powinnam zrobić. Czułam, że jadę na oparach, a ból "bycia kobietą" doskwierał coraz bardziej. Poddać się jednak nie mogłam. Po prostu nie leży to w mojej naturze. Nawet jak rozsądek podpowiadał, żeby przerwać. Po raz kolejny zacisnęłam zęby i osiągnęłam swój cel na ten dzień. Dokulałam się do upragnionej mety.
Odpokutowałam to później niemiłosiernie, ale kit z tym! Było warto, bo emocje, jakie towarzyszom w startach, są niepowtarzalne! Nic tak nie daje satysfakcji, jak przełamanie własnych słabości, jak bycie 3x lepszym : )
Róbcie triathlon!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz