niedziela, 16 października 2016

jesienne kino domowe - post ruchomy, aktualizowany : )

Za oknem drugi dzień deszcz - jesień w pełni. Wieczory coraz dłuższe, więc i czas rozpocząć sezon na filmowe wieczory pod kocykiem, z gorącą herbatą, i w skarpetach z owczej wełny. W tej kwestii jestem bardzo typowa. Nic tak nie poprawia humoru, jak komedia romantyczna.
Moja top lista, idealna na jesień:

Nigdy nie przepadałam za Sandrą Bullock. Jednak w "Narzeczony mimo woli" jest po prostu rewelacyjna! Do tego Ryan Reynolds - słodki chłoptaś i wyśmienity aktor. Udowadnia to z resztą nie tylko tutaj. Pełna humoru, lekka historia miłosna między przełożoną z podwładnym. Człowiek jest gotowy na spore poświęcenie, żeby otrzymać upragniony awans.
Urokliwe zdjęcia Alaski zapierają dech w piersi, a muzyka Aarona Zigmana dodaje piękna. Film odstresuje w każdą porę roku. Sięgam po niego średnio raz w miesiącu ; )


Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. Dlatego tej pozycji nie może zabraknąć na mojej liście. Kilka niezależnych wątków tworzy znakomitą opowieść o miłości. Moim ulubionym jest motyw Portugalki Aurelii i pisarza Jamiego <3
Jednak każda jest piękna! Do tego zabawna i bardzo realna. Znakomita obsada aktorska! A właśnie uświadomiłam sobie, że nigdy nie widziałam tego filmu po polsku - chyba już wiem, co dziś oglądam ; ))

Jaki tytuł ma polska wersja? Z reguły oglądam filmy w oryginalnych wersjach językowych. O ile są w języku, jaki rozumiem. Ewentualnie włączam napisy. Głosy aktorów dodają tyle emocji. Przez kilka lat mieszkałam w Niemczech. Tam wszystkie filmy są dubbingowane. To takie słabe. Zdecydowanie wolę podejście szwedzkie do kina. Tam nawet w tv obejrzysz tylko oryginalną wersję. Brawo!

niedziela, 18 października 2015

We are TRI

Tak, to była kwestia czasu. Co zaraźliwe, prędzej czy później, chwycisz i ty. Publiczna deklaracja została złożona. Rok 2016 będzie i dla mnie nie tylko biegowy, ale i triathlonowy. Czy dałam się złapać na panującą modę? Może i tak. Emocje towarzyszące zawodom są tak wielkie, że nie sposób im się oprzeć.
Pierwszy raz na zawodach triathlonowych byłam jakieś 4 lata temu - startował znajomy w swoich pierwszych zawodach na dystansie olimpijskim. Wtedy jeszcze nie chwyciłam bakcyla, przynajmniej nie triathlonowego. Przełom nastąpił w Poznaniu, kiedy ów znajomy z kolejnym "zarażonym" znajomym startowali w swoim pierwszym 1/2 Ironman'a. Kiedy usłyszałam na starcie Two steps from hell (https://www.youtube.com/watch?v=LRLdhFVzqt4) i towarzyszącą w wodzie wrzawę startujących, przepadłam. Choć póki co, tylko wobec samej siebie. Nie wypowiedziałam tego głośno.
W tym roku ponownie kibicowałam w Poznaniu i stało się. Za rok startuję z wami! Czy w Poznaniu? Miejsce jakby przeznaczone.

niedziela, 19 kwietnia 2015

a co jak będę ostatnia?

biegowe lęki przedstartowe bywają różne. że nie dam rady, że kontuzja, że nie ten dzień, że nikt nie przekroczy linii mety później niż ja. ten ostatni jest zdecydowanie największy, bo będą pokazywać palcem i szydzić. upokorzenie w wersji ekstremalnej: dobiegasz w końcu do mety, a tam po imprezie. nikt nie czeka. wszystko zwinięte. ani śladu. ta wersja jest zdecydowanie wyimaginowana, acz oliwy do ognia dolewa.
zbudowanie dystansu do lęków we własnej głowie nie jest łatwe i wymaga ciężkiej pracy. konieczne jest wypracowanie wokół siebie swoistej strefy buforowej, która będzie filtrować docierające do nas informacje oraz egoistycznej strefy "własnego ja", która mobilizuje nas do dalszego działania. a działamy według własnego planu. jeżeli dźwigasz ze sobą "nad"kilogramy, nie będziesz biegać równie szybko, jak szczupły biegacz! tego nie przeskoczysz, więc nie mierz się z nimi. rób swoje. biegaj swoje. czas nie jest ważny. liczy się tylko ten uśmiech, który pojawia się na twojej twarzy po przekroczeniu mety. pamiętasz go? niech cię niesie w kolejnych treningach i startach.    

sobota, 7 marca 2015

święto samotnych kobiet

Goździk + rajty z klinem - na szczęście nie moja era, aczkolwiek z pewnego źródła wiem, iż tym
właśnie obdarowywano wszystkie panie. Wtedy. Za tamtych czasów.
Ja z kolei przypominam sobie mojego tatę jeżdżącego polonezem od ciotki do ciotki, od znajomej do znajomej, aż w końcu dotarł i do mamy, i do mnie. Bagażnik miał pełen tulipanów. Czerwonych. Innych chyba nie było. Te nasze były już lekko oklapłe, ale nieważne, bo liczył się gest.
Tego symbolicznego kwiatka dostawałam tak długo, dopóki się nie wyprowadziłam z domu.
Od tamtej pory tradycja jakby umarła. Raz na 5 lat jakiś krótki esemesiak. Tulipany kupuję sobie sama. Na tę jedną jedyną okazję muszą być. Z tej okazji sama też robię sobie shopping, spełniam zachciewajki. Wieczorem nalewam lampkę wina i oglądam romansidło.
Jakież to życie jest kurwa smutne.

wtorek, 6 stycznia 2015

ciekawość pierwszy stopień do piekła...

...czyli o jednym z największych przysłowiowych bzdur.

być czegoś ciekawym, to znaczy chcieć wiedzieć, znać, rozwijać się. nie wiedzieć dlatego, żeby doszukać się sensacyjnej plotki, a żeby być mądrzejszym bądź zainspirowanym do poszerzenia swojej wiedzy.

nie bez kozery od najmłodszych lat stawiamy pytanie "a dlaczego". bo niby jakiej plotki może chcieć się doszukać dziecko, które jeszcze nie ma nawet pojęcia o jej istnieniu? niech nas ów "dlaczego" nie irytuje. odpowiadajmy cierpliwie naszym dzieciom. to bardzo dobrze, że chcą wiedzieć.
ciekawość to nie wścibskość! bez ciekawości nie byłoby odkryć! ;)

wtorek, 16 września 2014

1/2 maratonu za mną


Od Półmaratonu Praskiego minęło już sporo czasu. Zdążyłam zregenerować siły, ostudzić emocje i oczywiście zastanowić się nad startem w kolejnych zawodach - tak to działa. A jeszcze trochę ponad 2 tygodnie temu zastanawiałam się, czy przeżyję. Pogoda była sprzyjająca, taka jaką lubię, ciepło. Luz ogólny w dupie,  więc powinno być dobrze jeżeli chodzi o przygotowanie psychiczne do biegu. Fizycznie miałam pewne obawy, bo trening był przeciętny, duże problemy z łydkami, A jakby było mało, na tydzień przed startem, złapałam przeziębienie. Dzień startu: słońce, nerwy na wodzy i ponad 6 tys biegowych freaków.

I wszyscy biegli po ten piękny medal. To chyba jedyny pozytywny element tego Półmaratonu. Niestety. Trasa żmudna, nudna, monotonna, beznadziejna! Kibiców jak na lekarstwo! Na kilku przystankach mzk ustawili się bębniarze. Bożesz jak oni nieśli! Szkoda, że ich dźwięki docierały zaledwie na kilka metrów. Jednak największym negatywem było to, że na 5 km ZABRAKŁO WODY! To jakiś słaby żart, bo żeby przeżyć, w panice, chwyciłam za pozostałości wody wyrzucone na pobocze przez wcześniejszych biegaczy! Na samą myśl, zbiera mnie na wymioty. Cel uświęca środki. Ja bardzo chciałam dobiec do mety. Desperacja. Niestety na kolejnych stacjach nie było dużo lepiej. Nauczka na zaś: ZAWSZE MIEJ ZE SOBĄ BIDON albo kogoś na trasie, kto podrzuć.