niedziela, 19 kwietnia 2015

a co jak będę ostatnia?

biegowe lęki przedstartowe bywają różne. że nie dam rady, że kontuzja, że nie ten dzień, że nikt nie przekroczy linii mety później niż ja. ten ostatni jest zdecydowanie największy, bo będą pokazywać palcem i szydzić. upokorzenie w wersji ekstremalnej: dobiegasz w końcu do mety, a tam po imprezie. nikt nie czeka. wszystko zwinięte. ani śladu. ta wersja jest zdecydowanie wyimaginowana, acz oliwy do ognia dolewa.
zbudowanie dystansu do lęków we własnej głowie nie jest łatwe i wymaga ciężkiej pracy. konieczne jest wypracowanie wokół siebie swoistej strefy buforowej, która będzie filtrować docierające do nas informacje oraz egoistycznej strefy "własnego ja", która mobilizuje nas do dalszego działania. a działamy według własnego planu. jeżeli dźwigasz ze sobą "nad"kilogramy, nie będziesz biegać równie szybko, jak szczupły biegacz! tego nie przeskoczysz, więc nie mierz się z nimi. rób swoje. biegaj swoje. czas nie jest ważny. liczy się tylko ten uśmiech, który pojawia się na twojej twarzy po przekroczeniu mety. pamiętasz go? niech cię niesie w kolejnych treningach i startach.    

sobota, 7 marca 2015

święto samotnych kobiet

Goździk + rajty z klinem - na szczęście nie moja era, aczkolwiek z pewnego źródła wiem, iż tym
właśnie obdarowywano wszystkie panie. Wtedy. Za tamtych czasów.
Ja z kolei przypominam sobie mojego tatę jeżdżącego polonezem od ciotki do ciotki, od znajomej do znajomej, aż w końcu dotarł i do mamy, i do mnie. Bagażnik miał pełen tulipanów. Czerwonych. Innych chyba nie było. Te nasze były już lekko oklapłe, ale nieważne, bo liczył się gest.
Tego symbolicznego kwiatka dostawałam tak długo, dopóki się nie wyprowadziłam z domu.
Od tamtej pory tradycja jakby umarła. Raz na 5 lat jakiś krótki esemesiak. Tulipany kupuję sobie sama. Na tę jedną jedyną okazję muszą być. Z tej okazji sama też robię sobie shopping, spełniam zachciewajki. Wieczorem nalewam lampkę wina i oglądam romansidło.
Jakież to życie jest kurwa smutne.

wtorek, 6 stycznia 2015

ciekawość pierwszy stopień do piekła...

...czyli o jednym z największych przysłowiowych bzdur.

być czegoś ciekawym, to znaczy chcieć wiedzieć, znać, rozwijać się. nie wiedzieć dlatego, żeby doszukać się sensacyjnej plotki, a żeby być mądrzejszym bądź zainspirowanym do poszerzenia swojej wiedzy.

nie bez kozery od najmłodszych lat stawiamy pytanie "a dlaczego". bo niby jakiej plotki może chcieć się doszukać dziecko, które jeszcze nie ma nawet pojęcia o jej istnieniu? niech nas ów "dlaczego" nie irytuje. odpowiadajmy cierpliwie naszym dzieciom. to bardzo dobrze, że chcą wiedzieć.
ciekawość to nie wścibskość! bez ciekawości nie byłoby odkryć! ;)

wtorek, 16 września 2014

1/2 maratonu za mną


Od Półmaratonu Praskiego minęło już sporo czasu. Zdążyłam zregenerować siły, ostudzić emocje i oczywiście zastanowić się nad startem w kolejnych zawodach - tak to działa. A jeszcze trochę ponad 2 tygodnie temu zastanawiałam się, czy przeżyję. Pogoda była sprzyjająca, taka jaką lubię, ciepło. Luz ogólny w dupie,  więc powinno być dobrze jeżeli chodzi o przygotowanie psychiczne do biegu. Fizycznie miałam pewne obawy, bo trening był przeciętny, duże problemy z łydkami, A jakby było mało, na tydzień przed startem, złapałam przeziębienie. Dzień startu: słońce, nerwy na wodzy i ponad 6 tys biegowych freaków.

I wszyscy biegli po ten piękny medal. To chyba jedyny pozytywny element tego Półmaratonu. Niestety. Trasa żmudna, nudna, monotonna, beznadziejna! Kibiców jak na lekarstwo! Na kilku przystankach mzk ustawili się bębniarze. Bożesz jak oni nieśli! Szkoda, że ich dźwięki docierały zaledwie na kilka metrów. Jednak największym negatywem było to, że na 5 km ZABRAKŁO WODY! To jakiś słaby żart, bo żeby przeżyć, w panice, chwyciłam za pozostałości wody wyrzucone na pobocze przez wcześniejszych biegaczy! Na samą myśl, zbiera mnie na wymioty. Cel uświęca środki. Ja bardzo chciałam dobiec do mety. Desperacja. Niestety na kolejnych stacjach nie było dużo lepiej. Nauczka na zaś: ZAWSZE MIEJ ZE SOBĄ BIDON albo kogoś na trasie, kto podrzuć.

czwartek, 24 lipca 2014

Wszystko mi mówi, że muszę biegać

W ostatnich kilku dniach odnotowałam lekki spadek formy, chęci, motywacji i wszystkiego. Dzwoniący o 05.30 budzik sam drzemał do 07.00. A taka byłam zachwycona tym bieganiem z rana! Na szczęście dziś już znalazłam siły, żeby wstać i pobiec. Dlatego też po pracy pobiegłam jeszcze raz. Tym razem do Go Sport. Szłam (BIEGŁAM) z zamiarem kupienia ciemnych skarpetek biegowych, ponieważ białe, co tu wiele mówić... Nie rozumiem, jak ktoś może ubierać się na biało do biegania! ?!
<- Natrafiłam na dobre ceny... I jak tu nie biegać..? ;)
Pójdę dziś chyba wcześniej spać, żeby szybciej było rano i będę w końcu mogła zaparadować w Parku Skaryszewskim ;)
A prawda jest taka, że biegam wyłącznie dla siebie i dla siebie ubieram się do tego biegania. No i po prostu lubię wyglądać ładnie.

środa, 23 lipca 2014

Moje ulubione śniadanie, czyli Weißwurstfrühstück

Monachium – mój drugi dom. Tęsknię za miastem, jego kafejkami, w których śniadania przeciągają się do późnych godzin popołudniowych. Zjeść można wszystko, co tylko dusza zapragnie.

A moja dusza najbardziej pragnie białej kiełbasy, zaparzonej w glinianym garnuszku, chrupiącego precla z kryształkami grubej soli, posmarowanego prawdziwym masłem oraz solidnego kleksa słodkiej bawarskiej musztardy. Prosto, smacznie i z tradycją - takie śniadania stanowią nieodzowny element bawarskiej kultury. A żeby tradycji stało się zadość, popić należałoby ów Weißwurstfrühstück jeszcze białym, pszenicznym piwskiem. Należałoby... Jednak świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy też wystarczy. Tylko nie mówię o tym głośno. Nie przypadłoby to Bawarczykom do gustu ; )