niedziela, 19 lutego 2017

biegamy nie tylko dla siebie

Po co biegać, jak  można biegać dobrze? Dlaczego nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? Dlaczego myśleć tylko o sobie? Drugi raz postanowiłam swoim startem w półmaratonie warszawskim wesprzeć szczytny cel, jakim jest akcja #biegamdobrze.
26 marca chcę, aby mój start był czymś więcej niż tylko 21,1 km. I Ty możesz mi w tym pomóc! Wesprzyj cel charytatywny, na który biegnę i pomóż tym, którzy potrzebują naszej pomocy! Środki, jakie uda mi się zgromadzić, przekazane będą Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.
Fundacja (dawniej Fundacja Dzieci Niczyje) działa od 1991 roku i dąży do tego, by wszystkie dzieci miały bezpieczne dzieciństwo i były traktowane z poszanowaniem ich godności, i podmiotowości. Fundacja chroni dzieci przed krzywdzeniem i pomaga tym, które doświadczyły przemocy, by znały swoje prawa, wierzyły w siebie, i cieszyły się życiem (http://fdds.pl/).
W tegorocznej akcji #biegamdobrze Dzieci Niczyje wspierają m.in. Beata Sadowska i Marcin Konieczny - w pewnym środowisku nie trzeba ich przedstawiać :) #tri5
I będzie dla mnie wielkim zaszczytem pobiec w tej samej drużynie, ze wspólnym celem! 
W zamian za Wasze złotówki, postanowiłam ofiarować swój czas. Przeliczając każde przekazane 10 złotych na godzinę, tyle czasu odpracuję w Fundacji. Na chwilę obecną na koncie jest 1500 zł, co oznacza, że na pewno spędzę w Fundacji 150 godzin. Chętnie mogę więcej - wszystko zależy od Was! ;)
Link do zbiórki: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/2255  -warto pomagać!

Podsumowanie roku

2016 to był wyjątkowy i ambitny sezon (przynajmniej co do ilości). I końcu znalazłam czas na to, żeby go krótko podsumować.

Wiosna wystartowała Półmaratonem Warszawskim. Był to bardzo emocjonujący start w ramach charytatywnej akcji #biegamdobrze. Biegłam dla Fundacji Rak&Roll, żeby uświadomić ludzi wokół, że rak dotyka każdego z nas. Że może. Że przed nim jesteśmy równi już na pewno! Że on nie wybiera! Że trzeba być czujnym, trzeba się badać i o siebie dbać. Nie przyjmujemy tego do wiadomości, dopóki nas bezpośrednio nie dotknie... Zebrałam sporą sumę pieniędzy, która została przekazana na rzecz Fundacji. W podzięce darczyńcom zobligowałam się do zakończenia sezonu dystansem królewskim. Jeszcze wtedy nie rozumiałam, na co się porywam...
Po kwietniu przyszedł maj i 1/2 w Bydgoszczy. Bieg przez mękę - tyle z niego pamiętam. Gdzie walka z samym sobą zaczyna się na starcie, a na 3 km pojawiają się pierwsze omdlenia i zejścia z trasy. Ten bieg pozwolił mi zrozumieć jedną rzecz: bieganie to nie tylko ciężki krok za krokiem, to przede wszystkim charakter! I my pokazaliśmy, że go mamy! Przy okazji czyniąc dobro. Był to kolejny start charytatywny i tylko to powstrzymywało mnie od zejścia z patelni. Przegrzało nas tak bardzo, że przez kolejne dni dochodziłam do siebie.
Jakże cudownie było pojechać na nocny półmaraton do Wrocławia! Bez obawy o skwar, mimo połowy czerwca ;) Cudowna atmosfera biegu! Fajni ludzie po trasie, miasto oświetlone zapierało dech w piersiach. Wszystko szło gładko niestety tylko do 5, może 7 kilometra. Pojawił się ból przeszywający lewą część ciała od biodra aż pod kolano. Przeszywało tak bardzo, że bieg kończyłam ze łzami w oczach. Nie była to zbyt dobra prognoza na równy miesiąc przed debiutem w triathlonie...
Przygotowania do najważniejszego startu nabrały tempa. 3x w tygodniu basen, 2x bieganie, 2x trenażer i 1 długie wyjeżdżenie w terenie, co oznaczało czasami 2 treningi dziennie. Dla mojego leniwego organizmu pobudki o 5.10 były największym wyzwaniem. O godz. 9.00 siadając na najbliższe 8 godzin przed komputer, nie opuszczała mnie wściekła myśl "Po co ci to"?!? I zagryzając wargi, odpowiadałam "żeby być 3x lepszą"!! Z tego miejsca muszę podziękować mojemu zakładowemu teamowi, że mnie przez te 8 godzin każdego dnia znosili - nie był łatwo. Jus, Tobie dziękuję najbardziej! <3  
Nadszedł sądny dzień, 23 lipca 2016 roku. Ze startu pamiętam tylko dźwięki Two Steps from Hell - Heart of Courage i niedowierzanie, że to już dla mnie ten strzał armaty, że dla mnie ta wrzawa, że dla mnie te myśliwce na niebie. Etap pływania był najgorszym przeżyciem sportowym, jaki dotąd musiałam przeżyć. Był porażką! Woda była tak mętna, że nie widziałam zegarka na nadgarstku! O basenowych kafelkach nie wspomniawszy ;)
Wyszłam 15 minut później, niż planowałam... Tyle przekleństw, ile rzuciłam w T1, to jeszcze chyba nigdy na raz nie padło z moich ust.
Pierwsze kilometry na rowerze pozwoliły mi się trochę uspokoić i zdystansować. W końcu do mnie dotarło, że to się dzieje! Że jadę w Challenge Poznań i że za 2 godziny będę najszczęśliwszą triathlonistką na tej planecie : )
No i byłam. W T2 szybka zmiana butów, okularów (!!), nakrycia głowy - lans musiał być - i z szerokim uśmiechem wbiegłam na trasę ostatnich 10 km przez miasto. Radość była ogromna spotykając kibiców, przybijając piątki. Szczególnie dopatrując się swojego osobistego fanklubu ;) 
Byli ze mną najwierniejsi i najważniejsi. Mam nadzieję, że wiecie, ile to dla mnie znaczy?! Jestem 3x lepsza! Jestem!
Odetchnęłam z ulgą, choć wiedziałam, że mogę zrobić zaledwie kilka dni pauzy. 4 i najtrudniejszy start tego roku był ciągle jeszcze przede mną. Krótka modyfikacja planu treningowego, dołożenie długich wybiegań, treningowy półmaraton praski, piętnastka w rodzinnych Borach - wszystko po to, żeby przeżyć królewski dystans.
26 września stanęłam na starcie maratonu warszawskiego i po 6 godzinach walki stałam się maratończykiem. Przekraczając linię mety, po raz pierwszy posypałam się emocjonalnie. Łzy były już dużo wcześniej, kiedy na 7 kilometrze dojrzałam niespodziewane, znajome twarze, ale to, co ze mną stało na mecie, ciężko opisać nawet z perspektywy czasu. Byłam tak bardzo zmęczona, że nie docierało do mnie, czego właśnie dokonałam. Chciałam tylko po prostu usiąść, a najlepiej położyć i spać. Dotrzymałam danego słowa i jestem jedną z nich!   

wtorek, 1 listopada 2016

o drugim człowieku

Każdego dnia spotykamy ludzi. Jednych obojętnie mijamy, inni zostają z nami na dłużej.
Zakładamy, że żeby móc o kimś powiedzieć, że jest dla nas ważny, musi minąć dużo czasu. Nie jedno trzeba z nim przejść, przerobić i przeżyć. Nie zaliczamy do grona bliskich kogoś, kogo znamy od tygodnia czy nawet kilku miesięcy. I wydawać by się mogło, że od tej reguły, wyjątków nie ma.

Zachwycone selfiestickiem
Zważywszy uwagę na to, ile mamy wspólnych zaczepnych, poznałyśmy się bardzo późno. Nasze drogi rozbiegał na pewno i zbieg niesprzyjających okoliczności. Możliwe, że się nawet unikałyśmy..?

W końcu usłyszałyśmy o sobie tyle, że przed naszym pierwszym spotkaniem, miałam sporą obawę, że nie będzie o czym mówić.
Że zwycięży wzajemne wyobrażenie o sobie. Brak chęci do poznania. Że będziemy się grzecznościowo tolerować i do siebie uśmiechać jako znajome znajomych...

Bynajmniej! Kilka wspólnych chwil sprawiło, że już nie wiedziałam, jak to jest bez Ciebie w życiu! Ba! Że nie chciałam dalszego bez Twojej obecności! : )
Ludzie, których znam całe życie, nie dają tyle, ile dajesz Ty! Ciepło bijące od Ciebie przeszywa na wylot! Rozumiemy się często bez słów... Myślę o Tobie. Co przeżywasz. Jak jest Ci ciężko chociażby w takie dni, jak dziś. I jak radośnie, kiedy tulisz do siebie Oleńkę.
Jesteś prawdziwa! Uwielbiam z Tobą rozmawiać! Jesteś jak hera, koka, hasz i lsd. Jesteś jak Anioł na lewym ramieniu. Motywujesz, pocieszasz, chwalisz.

Masz tak samo? ; ) Warto było na siebie czekać!

niedziela, 16 października 2016

Więc to jest ten cały maraton


pierwsze 10km to minęło jak z bicza strzelił. na 7km nieoczekiwanie dojrzałam bliskich znajomych, którzy przyjechali z Lublina dla mnie no i popłynęły łzy. nie spodziewałam się absolutnie. do 24 km szło nawet super, a na 28km pierwsze schody i marsz 😕 myśle se, trochę kurwa wcześnie... tu już byłaś! wiesz, że możesz przynajmniej do 30kmwciągnęłam żela z kofeiną nosem i trochę się pozbierałam. ale na podbiegach znowu marsz... przyszedł 35km - WYPRZEDZIŁAM (!!!!!!!!) jakieś padaki i myślę se: no teraz to już z przysłowiowej górki. bynajmniej! 39 i dramat. trochę ponad 3 km, a ty masz wsteczny bieg... boli wszystko, ale już nie czujesz nic. na moje szczęście (o zgrozo, co teraz napiszę!) pojawił się jakiś kierowca na poblokowanej wisłostradzie i wymijając się ze mną, wyzwał mnie od pierdolonych kurew👌🏻 -pomogło. jak zobaczyłam metę w oddali, to tylko wzrok w asfalt i do przodu, co by mi się ta meta nagle nie zaczęła oddalać. no a potem już tylko łzy... jestem jedną z nich!

jesienne kino domowe - post ruchomy, aktualizowany : )

Za oknem drugi dzień deszcz - jesień w pełni. Wieczory coraz dłuższe, więc i czas rozpocząć sezon na filmowe wieczory pod kocykiem, z gorącą herbatą, i w skarpetach z owczej wełny. W tej kwestii jestem bardzo typowa. Nic tak nie poprawia humoru, jak komedia romantyczna.
Moja top lista, idealna na jesień:

Nigdy nie przepadałam za Sandrą Bullock. Jednak w "Narzeczony mimo woli" jest po prostu rewelacyjna! Do tego Ryan Reynolds - słodki chłoptaś i wyśmienity aktor. Udowadnia to z resztą nie tylko tutaj. Pełna humoru, lekka historia miłosna między przełożoną z podwładnym. Człowiek jest gotowy na spore poświęcenie, żeby otrzymać upragniony awans.
Urokliwe zdjęcia Alaski zapierają dech w piersi, a muzyka Aarona Zigmana dodaje piękna. Film odstresuje w każdą porę roku. Sięgam po niego średnio raz w miesiącu ; )


Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. Dlatego tej pozycji nie może zabraknąć na mojej liście. Kilka niezależnych wątków tworzy znakomitą opowieść o miłości. Moim ulubionym jest motyw Portugalki Aurelii i pisarza Jamiego <3
Jednak każda jest piękna! Do tego zabawna i bardzo realna. Znakomita obsada aktorska! A właśnie uświadomiłam sobie, że nigdy nie widziałam tego filmu po polsku - chyba już wiem, co dziś oglądam ; ))

Jaki tytuł ma polska wersja? Z reguły oglądam filmy w oryginalnych wersjach językowych. O ile są w języku, jaki rozumiem. Ewentualnie włączam napisy. Głosy aktorów dodają tyle emocji. Przez kilka lat mieszkałam w Niemczech. Tam wszystkie filmy są dubbingowane. To takie słabe. Zdecydowanie wolę podejście szwedzkie do kina. Tam nawet w tv obejrzysz tylko oryginalną wersję. Brawo!

niedziela, 18 października 2015

We are TRI

Tak, to była kwestia czasu. Co zaraźliwe, prędzej czy później, chwycisz i ty. Publiczna deklaracja została złożona. Rok 2016 będzie i dla mnie nie tylko biegowy, ale i triathlonowy. Czy dałam się złapać na panującą modę? Może i tak. Emocje towarzyszące zawodom są tak wielkie, że nie sposób im się oprzeć.
Pierwszy raz na zawodach triathlonowych byłam jakieś 4 lata temu - startował znajomy w swoich pierwszych zawodach na dystansie olimpijskim. Wtedy jeszcze nie chwyciłam bakcyla, przynajmniej nie triathlonowego. Przełom nastąpił w Poznaniu, kiedy ów znajomy z kolejnym "zarażonym" znajomym startowali w swoim pierwszym 1/2 Ironman'a. Kiedy usłyszałam na starcie Two steps from hell (https://www.youtube.com/watch?v=LRLdhFVzqt4) i towarzyszącą w wodzie wrzawę startujących, przepadłam. Choć póki co, tylko wobec samej siebie. Nie wypowiedziałam tego głośno.
W tym roku ponownie kibicowałam w Poznaniu i stało się. Za rok startuję z wami! Czy w Poznaniu? Miejsce jakby przeznaczone.

niedziela, 19 kwietnia 2015

a co jak będę ostatnia?

biegowe lęki przedstartowe bywają różne. że nie dam rady, że kontuzja, że nie ten dzień, że nikt nie przekroczy linii mety później niż ja. ten ostatni jest zdecydowanie największy, bo będą pokazywać palcem i szydzić. upokorzenie w wersji ekstremalnej: dobiegasz w końcu do mety, a tam po imprezie. nikt nie czeka. wszystko zwinięte. ani śladu. ta wersja jest zdecydowanie wyimaginowana, acz oliwy do ognia dolewa.
zbudowanie dystansu do lęków we własnej głowie nie jest łatwe i wymaga ciężkiej pracy. konieczne jest wypracowanie wokół siebie swoistej strefy buforowej, która będzie filtrować docierające do nas informacje oraz egoistycznej strefy "własnego ja", która mobilizuje nas do dalszego działania. a działamy według własnego planu. jeżeli dźwigasz ze sobą "nad"kilogramy, nie będziesz biegać równie szybko, jak szczupły biegacz! tego nie przeskoczysz, więc nie mierz się z nimi. rób swoje. biegaj swoje. czas nie jest ważny. liczy się tylko ten uśmiech, który pojawia się na twojej twarzy po przekroczeniu mety. pamiętasz go? niech cię niesie w kolejnych treningach i startach.