wtorek, 16 września 2014

1/2 maratonu za mną


Od Półmaratonu Praskiego minęło już sporo czasu. Zdążyłam zregenerować siły, ostudzić emocje i oczywiście zastanowić się nad startem w kolejnych zawodach - tak to działa. A jeszcze trochę ponad 2 tygodnie temu zastanawiałam się, czy przeżyję. Pogoda była sprzyjająca, taka jaką lubię, ciepło. Luz ogólny w dupie,  więc powinno być dobrze jeżeli chodzi o przygotowanie psychiczne do biegu. Fizycznie miałam pewne obawy, bo trening był przeciętny, duże problemy z łydkami, A jakby było mało, na tydzień przed startem, złapałam przeziębienie. Dzień startu: słońce, nerwy na wodzy i ponad 6 tys biegowych freaków.

I wszyscy biegli po ten piękny medal. To chyba jedyny pozytywny element tego Półmaratonu. Niestety. Trasa żmudna, nudna, monotonna, beznadziejna! Kibiców jak na lekarstwo! Na kilku przystankach mzk ustawili się bębniarze. Bożesz jak oni nieśli! Szkoda, że ich dźwięki docierały zaledwie na kilka metrów. Jednak największym negatywem było to, że na 5 km ZABRAKŁO WODY! To jakiś słaby żart, bo żeby przeżyć, w panice, chwyciłam za pozostałości wody wyrzucone na pobocze przez wcześniejszych biegaczy! Na samą myśl, zbiera mnie na wymioty. Cel uświęca środki. Ja bardzo chciałam dobiec do mety. Desperacja. Niestety na kolejnych stacjach nie było dużo lepiej. Nauczka na zaś: ZAWSZE MIEJ ZE SOBĄ BIDON albo kogoś na trasie, kto podrzuć.

czwartek, 24 lipca 2014

Wszystko mi mówi, że muszę biegać

W ostatnich kilku dniach odnotowałam lekki spadek formy, chęci, motywacji i wszystkiego. Dzwoniący o 05.30 budzik sam drzemał do 07.00. A taka byłam zachwycona tym bieganiem z rana! Na szczęście dziś już znalazłam siły, żeby wstać i pobiec. Dlatego też po pracy pobiegłam jeszcze raz. Tym razem do Go Sport. Szłam (BIEGŁAM) z zamiarem kupienia ciemnych skarpetek biegowych, ponieważ białe, co tu wiele mówić... Nie rozumiem, jak ktoś może ubierać się na biało do biegania! ?!
<- Natrafiłam na dobre ceny... I jak tu nie biegać..? ;)
Pójdę dziś chyba wcześniej spać, żeby szybciej było rano i będę w końcu mogła zaparadować w Parku Skaryszewskim ;)
A prawda jest taka, że biegam wyłącznie dla siebie i dla siebie ubieram się do tego biegania. No i po prostu lubię wyglądać ładnie.

środa, 23 lipca 2014

Moje ulubione śniadanie, czyli Weißwurstfrühstück

Monachium – mój drugi dom. Tęsknię za miastem, jego kafejkami, w których śniadania przeciągają się do późnych godzin popołudniowych. Zjeść można wszystko, co tylko dusza zapragnie.

A moja dusza najbardziej pragnie białej kiełbasy, zaparzonej w glinianym garnuszku, chrupiącego precla z kryształkami grubej soli, posmarowanego prawdziwym masłem oraz solidnego kleksa słodkiej bawarskiej musztardy. Prosto, smacznie i z tradycją - takie śniadania stanowią nieodzowny element bawarskiej kultury. A żeby tradycji stało się zadość, popić należałoby ów Weißwurstfrühstück jeszcze białym, pszenicznym piwskiem. Należałoby... Jednak świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy też wystarczy. Tylko nie mówię o tym głośno. Nie przypadłoby to Bawarczykom do gustu ; )

niedziela, 13 lipca 2014

Wyzwanie musi być!

Bo gdybym go nie miała, biegałabym na max 40 % swoich możliwości. Dopiero kiedy ściga mnie termin, potrafię się spiąć i dać z siebie 41 % ;)
Cóż zrobić, taki typ człowieka. Nie tylko człowieka - biegacza.
W ubiegłym roku wystartowałam w zawodach na 15 km. A jako, że poprzeczka musi być postawiona wyżej, w tym roku będzie półmaraton. Dam radę. Na przetrwanie, ale dam. Bo moje starty to nie bieg na podium, to radosne przekroczenie linii mety. Żeby stać się jednym z nich <3
31.08.2014, Warszawa - będzie cudownie!

czwartek, 10 lipca 2014

O tym, co ważne

...miało być o wszystkim istotnym i wychodzi na to, że to właśnie bieganie obejmuje prowadzenie w ów wszystkim.  Beata Sadowska, znana dziennikarka radiowo-telewizyjna, napisała cudowną książkę "I jak tu nie biegać". Tytuł broni się sam sobą. I sobą nakłania do dobrego. Do wysiłku, do sys-te-ma-tycz-no-ści (nie jestem pewna tych sylab), do biegania rano.
Cenię sobie sen. Nienawidzę budzika! Kiedy stawiałam pierwsze kroki biegowe, trening był możliwy wyłącznie w ciągu dnia, wieczorem. Nie licząc okresu bezrobocia, kiedy to mogłam spokojnie wcześnie wstać (bo jak budzik jest off, to budzę się sama bardzo wcześnie - tak na przekór), zjeść śniadanie, ogarnąć oferty pracy i dopiero wtedy pójść na trening.
Chodząc do pracy nie wyobrażałam sobie wstawania o 5.00, żeby wyrobić się z treningiem i na 9.00 do biura. Przekonało mnie jednak stwierdzenie w książce p.Beaty, iż z rana jest łatwiej biegać, bo organizm się jeszcze nie broni przed. Nie wymyśla, nie szuka wymówek w pogodzie ani usprawiedliwienia w ciężkim dniu.
Wstaję o 5.30, wypijam szklankę wody i wybiegam. Nie zastanawiam się nad niczym, nie analizuję. Po prostu wstaję i robię, co do mnie należy. Żeby każdy dzień był dobrze rozpoczęty. Około 6.45 jestem z powrotem w domu i mam ponad godzinę do wyjścia do pracy. Wybiegane rano endorfiny wystarczają mi na cały dzień. Czuję się cudownie. Długie wybieganie zostawiam na weekend.
To tylko jedno z mądrych rzeczy, jakie przeczytałam w książce. Uwielbiam ją!  

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Nigdy nie zapomnij, gdzie się wychowałaś

Wychowałam się w borowiackiej wsi. Wśród sosen, cisów i dębów. Nad jeziorami i Brdą. Na polu u Babci: zbierając kartofle, pasąc gęsi, goniąc kury, jedząc w "świńskiej" kuchni kartoflane kluchy lub flyndze. Tam nie było, że się nie chce. Że praca w polu to nie dla mnie. Nikt nie marudził, bo szanowaliśmy słowa starszych i szanowaliśmy rodzinę. Wieczorne opowieści Dziadków wygradzały całą tę brudną i ciężką robotę. Nikt nie potrafi tak opowiadać o życiu.
Wychowałam się na obczyźnie. W innej kulturze, w innym języku, w innych wartościach. Ów wychowanie pozwoliło zweryfikować mi, jakim człowiekiem chcę być. Tam nikt nie mówił, co i jak mam zrobić. Tam byłam sama, decydowałam sama i sama wypijałam nawarzone piwsko. Pracowałam na siebie. Zaciskałam zęby i szlochałam do poduszki. To była szkoła!
Wychowałam się na stadionie. Wśród kiboli, fanatyków. Przynależność klubowa wyssana niemal z mlekiem matki. Pochodzisz znad Brdy - kibicujesz Zawiszy. Innego wyjścia nie ma. Przerabialiśmy z tym klubem ciężkie upadki. Kiedy w 2013 roku, po 19 latach wróciliśmy do extraklasy, łzy płynęły z radości. Wojowniczy Klub Sportowy. A my z nim na dobre i na złe, bo drużyna to nie fuzekle, jak mawiają Ślązacy. Władze klubu mogą się zmieniać, właściciele, piłkarze. Ale my, my jesteśmy zawsze ci sami! 2 maja 2014 roku na stadionie narodowym Zawisza wywalczył po raz pierwszy w historii klubu puchar Polski. To są tak piękne chwile i emocje. Dla kibica - najpiękniejsze.
Wychowania przechodzimy różne. Ważne, żeby nie zapominać, gdzie i od kogo je otrzymaliśmy. Nie wstydź się! Nie bądź na siłę kimś, kim są inni. Kimś, kto jest modny. Bądź sobą!

niedziela, 1 grudnia 2013

Robienie na drutach

Chcąc zabić nudę bezrobocia, tudzież trochę urozmaicić ten czas, zakupiłam druty. Gama pomysłów "na siebie" po rocznym przymusowym urlopie naprawdę się kurczy. A dawno temu Babcia Marysia nauczyła mnie wełnianej sztuki, ale zawsze wydawała mi się.... no staromodna! ;)
Poza tym nigdy nie lubiłam szycia, cerowania i podobnych. Do dziś jak mam przyszyć guzik, odkładam to na kolejne jutro.
Jednak najwyraźniej człowiek dojrzewa do pewnych rzeczy, bo dzisiaj robienie na drutach wydaje mi się mega fajne! Zrobię sobie coś własnoręcznie i da mi to dużą satysfakcję!
Nawet jak w międzyczasie bezrobocie znalazło swój koniec (NARESZCIE!!!), druty nie odejdą w zapomnienie. Z pewnością zabiorę je ze sobą w codzienną pociągową podróż do pracy. Jakoś trzeba sobie, z kolei teraz nie bezrobocie a dojazdy, zorganizować. Jednym słowem, robótki ręczne dobre na każdą wolną chwilę. Gwiazdka za pasem. Może skuszę się i na jakieś prezenty..?