niedziela, 1 grudnia 2013

Robienie na drutach

Chcąc zabić nudę bezrobocia, tudzież trochę urozmaicić ten czas, zakupiłam druty. Gama pomysłów "na siebie" po rocznym przymusowym urlopie naprawdę się kurczy. A dawno temu Babcia Marysia nauczyła mnie wełnianej sztuki, ale zawsze wydawała mi się.... no staromodna! ;)
Poza tym nigdy nie lubiłam szycia, cerowania i podobnych. Do dziś jak mam przyszyć guzik, odkładam to na kolejne jutro.
Jednak najwyraźniej człowiek dojrzewa do pewnych rzeczy, bo dzisiaj robienie na drutach wydaje mi się mega fajne! Zrobię sobie coś własnoręcznie i da mi to dużą satysfakcję!
Nawet jak w międzyczasie bezrobocie znalazło swój koniec (NARESZCIE!!!), druty nie odejdą w zapomnienie. Z pewnością zabiorę je ze sobą w codzienną pociągową podróż do pracy. Jakoś trzeba sobie, z kolei teraz nie bezrobocie a dojazdy, zorganizować. Jednym słowem, robótki ręczne dobre na każdą wolną chwilę. Gwiazdka za pasem. Może skuszę się i na jakieś prezenty..?

środa, 13 listopada 2013

Być konsekwentnym

Konsekwentnie trzymamy się pewnych zasad dotyczących wychowania naszych dzieci (ok, to może mało trafny przykład), uprawianego sportu, trzymanej diety, nauki obcego języka lub pięcia się po szczeblach kariery. Konsekwencja gwarantuje nam sukces. Kosztuje nas dużo pracy, wyrzeczeń. Często wiąże się z wyszczerbionymi zębami, pogryzionymi wargami, tudzież paznokciami.
Bądźmy konsekwentni także do ludzi. Mniej lub bardziej obcych. Jeśli kogoś nie lubimy, nie lubmy go! Nie udawajmy, że jest inaczej! Obłuda. Jeżeli stawiamy komuś warunki (z ważnych powodów), czekajmy na ich spełnienie. Nie pobłażajmy.
Nade wszystko konsekwencja w stosunku do samych siebie jest zadaniem priorytetowym. Nie tylko w kwestiach działań, ale wartości, którymi działając, się kierujemy. ZAWSZE żyjmy w zgodzie z tymi wartościami. Ustalamy sobie pewien kanon. On wyznacza nam drogę. Trzymajmy się jej mimo niepowodzeń, porażek, upadków. Wychowujmy samych siebie na dobrych ludzi. Wybierajmy konsekwentnie szczęście.  

sobota, 2 listopada 2013

W dżungli życia

Lubiłam pić. Szczególnie jako nastolatka. Nie tylko dlatego, że robiłam coś, co było zarezerwowane dla dorosłych, ale także dlatego, że pod wpływem alkoholu stawałam się zupełnie inną osobą i bardzo mi się to podobało.

Pewnego dnia zauważyłam dziwną zależność: po wypiciu kieliszka alkoholu poprawia mi się humor, czuję się pewna siebie, jestem mocna, odważna i fajna.

To było super uczucie. Ale jakoś dziwnie szybko mijało i zaczynało się zamieniać w rozpacz, niechęć, beznadzieję, bezradność i apatię. Najpierw dawało kopa w górę, a potem tak samo mocnego kopa w dół.

Pomyślałam, że to dziwne.
Zaczęłam się zastanawiać.
Jak to jest? O co w tym chodzi?

Zaczęłam przyglądać się sobie. Dlaczego alkohol powoduje taką iluzję? Dlaczego czuję się silna, mądra i wspaniała jeżeli w rzeczywistości wcale nie jestem silna, mądra i wspaniała? A może ja jestem silna, mocna i wspaniała, tylko o tym nie wiem? Ale co z tym wspólnego ma alkohol?

To było niesamowite!
To było trochę jak czarodziejska różdżka, która zamieniała mnie w kogoś, kim bardzo chciałabym być, ale tylko na krótką chwilę, bo potem wpadałam do czarnej dziury koszmarnej rozpaczy i nienawiści do samej siebie.
Ha! Jak to możliwe?

Czy w gruncie rzeczy to nie jest oszukiwanie samego siebie?
Czuję się słaba, głupia, gorsza od innych, więc sięgam po magiczny kieliszek, wypijam alkohol, żeby poczuć się lepiej. I rzeczywiście przez chwilę czuję się lepiej, ale przecież ja się nie zmieniam w środku na kogoś lepszego! Ja tylko udaję przed samą sobą, ze jestem kimś innym!
O rety!!!

Niespodziewanie dotarła do mnie porażająca prawda:
Alkohol jest dla słabych ludzi, którzy pod jego wpływem myślą, że są silni. Ale gdy tylko alkohol wyparuje, oni z powrotem zamieniają się w tych, którymi są naprawdę, i tym wyraźniej dostrzegają swoje braki.

Po alkohol sięgają tchórze - ludzie, którzy nie mają odwagi zająć się konstruktywnym budowaniem swojego życia.
Nie chcą myśleć o tym, co jest do zrobienia, bo wolą zapomnieć o wszystkim i przetrwać do następnego dnia.
Noszą w sobie tyle ukrytego strachu, że czują się sparaliżowani na samą myśl o tym, że mogliby wziąć odpowiedzialność za swoje życie i urządzić je tak, jak najbardziej pragną. Ten głęboko ukryty strach, do którego nigdy się nie przyznali, odbiera im całą moc.
Czują się bezradni i zagubieni w ślepym zaułku, z którego nie ma wyjścia.
I wtedy sięgają po alkohol.

Bo wiedzą z doświadczenia, że pod wpływem alkoholu nagle wszystko wydaje się możliwe. Po pijanemu planują podróż na Hawaje, zdobycie Kilimandżaro, rozwód z niekochaną żoną, wygarnięcie prawdy szefowi, przebudowę domu i wiele innych spraw, które domagają się rozwiązania.

Kiedy byli trzeźwi, czuli podświadomy paraliżujący strach przed zrobieniem czegokolwiek.
Kiedy są pijani, strach wydaje się na chwilę znikać. A oni odważnie ogłaszają nowe postanowienia.
Problem polega jedynie na tym, że te postanowienia bledną razem ze światłem poranka. A życie wciąż jest tak samo nudne i trudne jak było wcześniej.

Bo alkohol w gruncie rzeczy wcale mnie zmniejsza strachu. On tylko tworzy iluzję, że tego strachu nie ma.

Dlatego po alkohol sięgają ludzie, którym brakuje wewnętrznej siły, żeby doprowadzić do realizacji swoich planów i zamierzeń. Czują z tego powodu żal i rozczarowanie, więc zalewają swój smutek płynem rozweselającym.

Po alkohol sięgają ludzie głęboko nieszczęśliwi, którzy nigdy nie zrobili niczego dla siebie i czują się opuszczonymi sierotami miotanymi przez wichurę życia. W alkoholu trawią swoje gorzkie myśli.

Szukają chwilowej iluzji.
Chcą zapomnieć.
Bo przecież to chwilowe wrażenie wesołości szybko znika, a ty zostajesz znów dokładnie z tym samym, co miałeś wcześniej.

Przez całe życie widziałam ludzi pijących alkohol. Sąsiedzi, znajomi, bohaterowie filmów, imprezy aż do rana, gdzie spotykali się ludzie rozbawieni alkoholem. Najpierw tryskali energią i radością, a potem zaczynali kłócić się ze sobą i walczyć.
Alkohol jest w Polsce codzienny jak kromka chleba.

Pamiętam że podczas warsztatów literackich organizowanych przez Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy po porannych dyskusjach o poezji i prozie, następowały wieczorne rozmowy suto zakrapiane alkoholem. Miałam wtedy osiemnaście lat. Koledzy „młodzi literaci” podsuwali mi szklankę wina ze słowami:
- Pij, będziesz łatwiejsza.

Nie chciałam. Coś mi w tym nie pasowało, choć nie potrafiłam jeszcze wtedy tego wyjaśnić.

Teraz wiem, że alkohol to oszustwo i spróchniała deska ratunku dla zbłąkanych we własnym życiu.

Alkoholik to taki człowiek, który zamiast wylewać z siebie łzy, wlewa w siebie alkohol.

Uzależnienie od alkoholu to choroba samotności, zagubienia i bezradności. Nie ma nic wspólnego z pijaństwem. Alkoholik to człowiek, który stracił w życiu sens i cel, więc swoją bierność i bezradność zalewa alkoholem. Wie, że źle robi, ma wyrzuty sumienia, po których czuje się jeszcze gorzej, ale ponieważ jest wewnętrznie samotny i przestraszony jak małe dziecko, to jedyne, na co potrafi się zdobyć, to chwilowe uciszenie swoich łkających myśli alkoholem.

Jeżeli znasz kogoś, kto nadużywa alkoholu, spójrz na niego w taki sposób.

To jest człowiek, który nosi w sobie tyle strachu, którego nigdy nie poznał i nie nazwał przed samym sobą, że jest w pewien sposób emocjonalnie sparaliżowany. Miota się jak w potrzasku. Jest w głębi duszy bardzo samotny i bardzo nieszczęśliwy – nawet jeżeli na zewnątrz udaje kogoś przebojowego i silnego.

Na tym polega ta choroba.
Ukrywa przed człowiekiem jego własny strach i niemoc.
I pęta go żelaznymi kajdanami.

To jest dokładnie taka sama choroba jak anoreksja i bulimia.
I jest na nią tylko jedno lekarstwo.
Jedyne, co może człowieka uwolnić z takiego uzależnienia, to miłość. Nie mam na myśli związku dwóch osób. Mam na myśli poczucie, że jest się kochanym. Choćby przez siebie samego.

Fragment książki Beaty Pawlikowskiej „W dżungli życia”, wydanie III, napisane na nowo, wyd. G+J październik 2013; 
Dziś zamówiłam. Nie mogę się doczekać lektury...

niedziela, 27 października 2013

Piśmienniczy powrót do przeszłości

Zatęskniłam za tradycyjnym pisaniem. Za pamiętnikiem, notatnikiem, kalendarzem, kartką i piórem. Od jakiegoś czasu używanie tychże przedmiotów zatarło się. Automatycznie. Dzisiaj wszystko w komputerze, tablecie, smartphonie: terminy, listy "to do", przypominajki o urodzinach najbliższych i dalszych znajomych. Nawet papierowe wydania gazet zdają się być niepotrzebne :(
Uczucia przelewamy nie na papier, a na wall @ facebook. Tudzież bloga. Smutne. I to nie tylko dlatego, bo sprzedaż tradycyjnych kalendarzy etc. nie jednego skaże na plajtę, ale głównie dlatego, że nie piszemy dla samych siebie, tak jak lubimy najbardziej, z własnoręcznymi "rysuneczkami" i serduszkami... tak, żeby czuć! Postanowiłam postawić temu kres. Odkąd jestem posiadaczką iphone, wszystko w niego wklepuję. Oczywiście jest to bardzo praktyczne. Nie mam zamiaru z niego rezygnować, ale oprócz niego noszę też malutki notatnik, w którym umieszczam ważne słowa, sentencje, cytaty. Takie, do których wracam. Wertuję kartki. Dopisuję. Kreślę. Podkreślam. Zakreślam. Zaginam rogi. Wklejam wycinki. Polecam każdemu. To takie osobiste <3

kajet
kalendarz
terminarz
pamiętnik
złote myśli
lub zwykły notatnik

środa, 2 października 2013

Z pamiętnika biegacza, cz.3

Ja biegaczka borykająca się ciągle jeszcze z kontuzją biodra, nie mogłam dziś odmówić sobie tej przyjemności pobiegania w towarzystwie. Na dodatek nie byle jakim towarzystwie, bo prawdziwej biegaczki! Monika biega od małego dziecka. Trenowała na Zawiszy!!! Pełen profesjonalizm wykazała i dziś, dostosowując się do mojego tempa a la żółwik ;)
Bardzo dobrze mi się biegło! Trening z drugą osobą płynie dużo przyjemniej. Można poplotkować etc. Szczególnie na wybieganie, bez interwałów, załatwcie sobie współbiegacza! Bardzo polecam!

środa, 18 września 2013

Plus & Minus

Największy jedyny (!) plus tego mojego bezrobocia jest taki, że idę biegać, kiedy mam ochotę. Dzisiejsze bieganie było częściowo "charytatywne" - 2 km  poszły na endorfiny dla Mariolki & jej Fasolki. Biedna siedzi w domu i rzyga...
Niestety kontuzja biodra to jednak jakaś większa sprawa i chyba bez wizyty u doktora się nie obejdę. Morał przebieżki jest jednak taki, drogi, bezrobotny biegaczu, że nie można dopuścić do tego, żeby te plusy przysłoniły ci minusy! Jutro rozmowa ws. pracy. Trzymajcie kciuki! 

Na trasie. Słońce za plecami. Następnym razem sfotografuję krowy, które na mnie muczą. Są dobrymi kibicami ; )

czwartek, 5 września 2013

Perfekcyjna Ch*jowa Pani Domu w moim wykonaniu

Wszelkie obowiązki domowe przysparzają mi zawrotów głowy. Jednakże pewne minimum wykonane być musi, czy chcę lub nie.
Winę mojego niechlujstwa domowego zwalam na dwie osoby: mamę, która zawsze była szybsza i wyręczała ze wszystkiego oraz byłego faceta, który, co tu wiele mówić, lubił prasować, gotować, i sprzątać. Nie lubił za to młotka, wiertarki i takich. Nic więc dziwnego, że w końcu musieliśmy się rozstać.
Dzisiaj zabrałam się za umycie okna (tylko jednego, żeby nie osiwieć!). Oczywiście skrupulatnie się przygotowałam: wyprostowałam włosy, pomalowałam paznokcie, włożyłam miętowy sweterek od Jake'sa - w końcu mam wyglądać przez okno!
Już prawie zabierałam się do roboty, kiedy zadzwoniła kumoszka - także ChPD - z propozycją udziału w warsztatach kulinarnych. Rzuciłam moim oczywistym "A na cholerę"?!?!? Kuszące okazały się gratisy, jakie na owych warsztatach można zdobyć. Od razu wiedziałam, że nie o kunszt kulinarny tu chodzi! Pech tylko, że przypadają w trakcie meczu mojej ukochanej drużyny. Za nic w świecie nie odpuszczę piłki nożnej, a już na pewno nie dla kilku gratisów. Nie jestem Januszem! Jednak kumoszka zna kogo trzeba, więc jest szansa, że warsztaty rozpisane zostaną w nowym terminie.
W międzyczasie przeszła mi chęć posiadania czystego okna... Zabrałam się więc za nawleczenie nowej gumki do bluzki od Dirndl'a (Oktoberfest za pasem!). Wieki minęły zanim znalazłam w domu taką tyci agrafkę, a na niedobór złego okazało się, że nitka, którą chciałam potem zszyć gumkę, nie ma ani początku, ani końca! Jest sobie tak po prostu nawinięta na szpulkę. Na szczęście dało radę zszywaczem biurowym...
Za dużo, jak na jeden dzień.